Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Replika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Replika. Pokaż wszystkie posty

Tylko przy mnie bądź. Joanna Sykat


Joanna Sykat

TYLKO PRZY MNIE BĄDŹ

Wydawnictwo: Replika
Rok wydania: 2014
Stron: 244
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami

Moja ocena: 7/10 - bardzo dobra






Zapewne większość z Was ma książkowe pewniaki czyli powieści, po które sięgacie bez wahania, wiedząc, że dostaniecie kawał porządnej prozy, bo autor prezentuje wysoki poziom. Na mojej liście jest kilku zaufanych pisarzy, m.in. Joanna Sykat. Jej poprzednie książki  „Wszystko dla ciebie” i „Jesteś tylko mój” pozytywnie mnie zaskoczyły. Stąd też z wielką ciekawością zabrałam się za czytanie „Tylko przy mnie bądź”, i po raz kolejny zostałam zadziwiona nie tylko ujmującym stylem, ale też kwintesencją tej historii. 

Fascynujące jest to, że niektórzy pisarze potrafią najprostsze historie, ośmielę się nawet powiedzieć trywialne historie, przekazać w sposób piękny i mądry. I gdy zazwyczaj drażnią nas pewne klasyczne treści dotyczące mądrości życiowych, o tyle w ich stylu jest jakaś magia, a właściwie prawda, która pozwala w pełni wchłonąć te treści i na dodatek wzruszyć się nad poruszonym tematem. Tak jest z książką „Tylko przy mnie bądź”. Książką, która sprawiła, że podczas czytania, a nawet jakiś czas później, było mi przykro, że żyjemy w podłych czasach, niesprzyjających nawiązywaniu bliskich więzi i dbaniu o te, które już mamy. Że niekiedy musimy rezygnować z domu, rodziny, przyjaciół, na rzecz kasy, która może nie tyle pozwoli na luksusowe życie, co na godne życie. Tyle że decydując się na niektóre oferty pracy, gubimy to, na czym powinno zależeć nam najbardziej. 

„Praca i liczenie zer na koncie powoli zaczęły wygrywać, najpierw z zainteresowaniami, ze znajomymi, a potem z rodziną. Dla dobra pracowników wprowadzono pigułki pozwalające na większą zawodową wydajność i zanik jakichkolwiek wyrzutów sumienia: Towarzyskich, seksualnych czy emocjonalnych” [str.109]


Tak jest z bohaterami książki. Marta przyjęła propozycję pracy w Dome, zamkniętej strefie pod kopułą, w której natura nie ma dostępu. Przyjęła ofertę, bo poza strefą jest ktoś, o kogo musi zadbać. Jednak syntetyczny świat, w którym pracuje, pozbawiony pór roku, dający chemiczne jedzenie i kontrolujący życie do tego stopnia, że tabletkami zabija uczucia, unieszczęśliwia ją. Ponieważ Marta pragnie prawdziwego domu, zapachu lasu, dotyku trawy... Kiedy w Dome spotyka Wiktora, mężczyznę, z którym kiedyś łączyła ją więź, postanawia wcielić w życie pewien ryzykowny plan. Nie jest to łatwe, bo Wiktor wyprany z emocji, nie pamięta przeszłości i nie chce podjąć próby obudzenia w sobie dawnych uczuć. 

„Musiałam wychodzić (z Dome), żeby nie udusić się w tym betonie, w którym rosną tylko światłowody. Brakowało mi nieba, które co dzień potrafi mieć inny kolor, nieprzeklimatyzowanego powietrza, zapachów i pór roku. Ale jednocześnie chciałam mieć dobrą pracę i pieniądze, zapewnić nam... to znaczy sobie godziwą teraźniejszość i przyszłość.” [str. 125]


Fabuła książki brzmi futurystycznie. Zamknięta, zaczipowana, sterylna strefa, osamotnienie, i mechaniczne wykonywanie zadań, brzmią strasznie obco. To przedziwna i przerażająca wizja przyszłości, ale czy na pewno?... Czy nie jest tak, że żyjemy w takich czasach. Że wielu z nas jest jak Marta, która walczy z systemem. Chce mieć czas dla swojej rodziny, chce celebrować picie kawy w swoim ogrodzie, chce wygrzewać się w łóżku w pierwszych promieniach wschodzącego słońca, chce czuć i żyć, ale nie może. Bo za coś trzeba płacić rachunki, i nawet jeśli ma się dość swojego kieratu w pracy, to obowiązek jest najważniejszy. Lub jest się jak Wiktor, który otumaniony materialnym światem zapomniał, że istnieją wyższe wartości, że praca nie utuli i nie powie „kocham Cię”. Dlatego mam wrażenie, że ten książkowy świat nie jest fikcją, to nasze czasy. Tyle że autorka przez analogię pewnych zdarzeń pokazuje smutną prawdę o współczesnym społeczeństwie. A robi to w sposób piękny; Bawi się słowem, tworzy zaskakujące konstrukcje, czaruje poetyckością i trafnością w ocenie uczuć bohaterów. Potrafi tak sensualnie opisać świat wewnętrzny bohaterów, że ich rozterki są bardzo mocno odczuwalne. Potęguje to również zmienna narracja. Dwa punkt widzenia Marty i Wiktora pokazują różnicę w postrzeganiu świata, ale też drogę to odkrycia sensu życiu, i darów natury. Przyznam szczerze, że jak czytałam o cudzie pewnych rytuałów, mocy zapachów, czy kolorów, to czasami brało mnie przerażenie, że w tym uciekającym czasie, nastawionym na jak największą efektywność, nie zawsze zwracamy uwagę na drobiazgi dające szczęście. To takie przykre. Dlatego w ten majowy piękny czas polecam zrobić sobie aromatyczną kawę, utulić się gdzieś na tarasie, czy huśtawce w ogrodzie, z książką Joanny Sykat i poddać się lekturze - melancholijnej, szczerej, i zmysłowej, która pokazuje m.in. skutki zatracenia się w betonowym świecie.

Czytaj dalej »

Cienie przeszłości. Edyta Świętek

Edyta Świętek

CIENIE PRZESZŁOŚCI

Wydawnictwo: Replika
Rok wydania: 2014
Stron: 364
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami

Moja ocena 5/10 - przeciętna



Cienie przeszłości” to książka, która skusiła mnie kryminalną intrygą, co prawda okładka niekoniecznie pasuje do tego gatunku, ale w końcu grafika nie świadczy o jakości historii. Tak więc uzbrojona w pierogi z truskawkami zatopiłam się w powieści. Bohaterka, prześliczna, ale jędzowata Karina, zostaje napadnięta w ciemnym zaułku. W wyniku brutalnego napadu kobieta straciła pamięć. Nie pamięta swojej przeszłości, nie wiem kim jest, nie ma pojęcia co się stało. Na szczęście jest przy niej jej narzeczony Wiktor, który służy jej pomocą i cierpliwie się nią opiekuje. Policja próbuje namierzyć bandytów, ale nie jest to łatwe, co gorsze tajemniczy prześladowcy zdewastowali również jej mieszkanie i ciągle przesyłają jej anonimy z pogróżkami. Karina nie poddaje się, walczy o swoją niezależność, ale coś jej w tym wszystkim nie pasuje, podejrzewa, że być może w jej przeszłości jest coś, co doprowadziło do tak katastrofalnych wydarzeń. Poza tym we fleszach wspomnień pojawia się silne pragnienie, a nawet pożądanie do mężczyzny, który na pewno nie jest Wiktorem. 

 
Fabuła książki jest obiecująca. Początek historii jest tajemniczy i w sumie przerażający. Nic nie działa tak dobrze na wyobraźnię, jak niepokojące wydarzenia i niemożność odnalezienia się w rzeczywistości po dramatycznym wypadku. Wizja utraty pamięci jest zatrważająca, autorce świetnie udało się przedstawić lęki bohaterki, chociaż wątpię czy po odzyskaniu przytomności istotne jest to, czy ma się wydepilowane miejsca intymne, ale być może było to nawiązanie do charakteru bohaterki, która była egoistyczną, wymuskaną kobietą, pracującą na eksponowanym stanowisku. Nie wiem, nie wnikam. Pomijając to, uważam, że dość sugestywnie zostały opisane obawy Kariny, jak również jej zagadkowa przeszłość. Żałuję tylko, że autorka nie postawiła na bardziej skomplikowaną intrygę. Ograniczona liczba bohaterów o wymownych cechach charakteru nie daje zbyt wielkiego pola manewru. Tak naprawdę od razu wiadomo kto maczał palce w napadzie na Karinę, szkoda, bo jednak wprowadzenie większej ilości postaci, i wątków, które dawałyby do myślenia, sprawiłyby, że lektura stałaby się o wiele bardziej emocjonująca i niejednoznaczna.

Historia Kariny w pewnym momencie staje się historią miłosną, opowiadającą o wielkiej namiętności, w której znaczącym elementem są wiersze Tuwima. 

Składałem ci wizyty, Okrutnie niezdobytej, Nerwowo, gorączkowo, Bredziłem chorą mową, Wierszami cię męczyłem, Łamałem każde słowo, Do krwi je w zębach gryzłem, Dawałem rozgryzione, Zgniecione, rozkrwawione, Przebite każdym zmysłem:
«Patrz»! [Tuwim. Ostry erotyk]
  
O ile miłosne podboje bohaterki nie zwaliły mnie z nóg, o tyle poezja – piękna i zmysłowa oczarowała mnie maksymalnie. Według mnie pomysł z dodaniem do powieści utworów Tuwima był strzałem w dziesiątkę. Bez wątpienia pikantne erotyki ubarwiły historię i dodały jej atrakcyjnego, uwodzicielskiego tonu, dzięki czemu z przyjemnością można oddawać się tej lekturze, oczywiście o ile jest się miłośnikiem poezji. Jednak mimo że „Cienie przeszłości” dobrze mi się czytało, choćby dlatego że styl pisarki jest przyjemny, to jednak nie mogę powiedzieć, żeby praca Edyty Świętek mnie usatysfakcjonowała. Ubolewam nad tym, że opowieść - pomimo licznych zagadek – jest przewidywalna, momentami historia jest banalna, a sam romans Kariny, chociaż ekspresywny, jest zbyt czytelny. Warto mieć na uwadze, że książka jako niezobowiązująca lektura świetnie się sprawdza, ale jeśli liczycie na powieść z wyrafinowaną intrygą, to możecie się rozczarować. Tak naprawdę trudno mi sprecyzować moje odczucia względem tej powieści, ponieważ urzeczona wierszami Tuwima tkwię w zachwycie nad fragmentami zawierającymi teksty wierszy, ale czuję niedosyt i rozczarowanie kryminalnym wątkiem, dlatego decyzje o przeczytaniu tej książki Wam pozostawiam. 

Czytaj dalej »

Pogodynek. Steve Thayer

Steve Thayer

POGODYNEK

Wydawnictwo: Replika
Rok wydania: 2010
Stron: 468
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami

Moja ocena: 6/10 - dobra


 
Pogodynek” jest książką, która dała mi niezły wycisk. Wynudziłam i złościłam się na niej co niemiara, jednak w ogólnym rozrachunku uważam,  ją za dobrą lekturę, choćby dlatego że końcowa część nie pozwoliła mi zasnąć i była przez kilka dni tematem moich myśli i rozmów, i chyba nie tylko moich, bo na okładce książki krzyczy rekomendacja Stephena Kinga „To zdumiewająca historia, jedna z tych, które zostają w mojej pamięci na długi czas”. Na początku sądziłam, że to kpina, ponieważ pierwsza część pod niepokojącym tytułem „Nadciąga burza” jest tragiczna i gdyby nie mój upór, to powieść byłaby rzucona w kąt, ale przejdźmy do rzeczy.

W tej pierwszej niewdzięcznej części, która stanowi połowę książki, poznajemy wszystkich bohaterów dramatu, w tym: Dixona Bella – gwiazdę lokalnej telewizji, meteorologa, który posiada niezwykły dar przepowiadania pogody, Ricka Beanblossoma kontrowersyjnego producenta telewizyjnego, który pod niebieską maską ukrywa poparzoną na wojnie twarz, i cud urody Andreę byłą policjantkę, a obecnie ambitną dziennikarkę ubiegającą się o stanowisko prezenterki. Losy trójki bohaterów połączy przedziwna relacja, po części podyktowana przez dramatyczne okoliczności, dlatego że podczas anomalii pogodowych ktoś zabija młode kobiety i niestety wszystkie dowody prowadzą do telewizji Sky Higs News. 


Ta wprowadzająca część była mi kulą u nogi, m.in. dlatego że liczyłam na śledztwo, którego najzwyklej w świecie nie ma, jedynie od czasu do czasu dowiadujemy się, że policja na coś trafiła, zazwyczaj na byle jaką poszlakę. Przykro stwierdzić, ale większego napięcia w tej części nie idzie dostać, za to autor Steve Thayer prezentuje niezwykle skrupulatne charakterystyki bohaterów oraz stosuje fachową terminologię z dziedziny meteorologi i dziennikarstwa. Na szczęście dobry styl pisania i zdolność do tworzenia pięknych, plastycznych opisów przyrody pomaga przetrwać tę nużącą część. Po niej następuje gwałtowne przyśpieszenie, głównie dlatego że zostajemy zmuszeni, w pozostałych dwóch częściach, do zajęcia stanowiska dotyczącego ustawy wprowadzającej karę śmierci. W tym momencie zaczyna się jazda, bo jest już podejrzany, do którego czujemy sympatię a nie antypatię i wizja krzesła elektrycznego. Czytając wszystkie za i przeciw ustawy można srodze się poplątać, szczególnie że Thayer konfrontuje wypowiedzi rodzin, które w wyniku brutalnego zabójstwa straciły najbliższych i osób poczuwających się do odpowiedzialności za ochronę przyszłych ofiar. Wszystkie te dysputy sprawiają, że poddenerwowanie sięga zenitu, zwłaszcza że ustawa wchodzi w życie, przez co dostajemy przerażający obraz osadzonego, którego kres życia nastąpi w celi śmierci.

Mnie ta historia doprowadziła do wyczerpania psychicznego, zapewne też dlatego że osadzony co nieco kojarzył mi się z Coffeyem z „Zielonej mili”, więc mocno przeżywałam jego wyrok, który jak się okaże nie będzie miał sprawnego przebiegu. Poza tym kontrowersyjna tematyka nie ułatwiała mi czytania, jednak muszę przyznać, że autor mnie zaskoczył i, z perspektywy czasu, stwierdzam, że całkiem dobrze sobie poradził z niełatwym tematem. Nie zmienia to jednak faktu, że „Pogodynkowi” daleko do thrillera, według mnie to całkiem niezły dramat obyczajowy, który niestety nie uniknął pewnych nielogiczności, nierównego prowadzenia i pewnego zagmatwania, bo należy pamiętać, że historia jest wielowątkowa i oprócz motywu przewodniego jest też w nich multum odniesień do polityki i problemów społecznych, oraz osobistych rozterek bohaterów, dlatego powieść Thayera polecam wytrwałym czytelnikom, którzy lubią zmagać się z problematyczną tematyką.
Czytaj dalej »

Kiedyś cię odnajdę. Małgorzata Rogala

Małgorzata Rogala

KIEDYŚ CIĘ ODNAJDĘ

Wydawnictwo: Replika
Data: 2014
Stron: 280
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami

Moja ocena: 6/10 – dobra




W maju 2002 roku, w blokowym mieszkaniu, ktoś gwałci i zabija kobietę. Niestety nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał. Śledztwo utkwiło w martwym punkcie i sprawę umorzono. Dziesięć lat później Weronikę, córkę ofiary, spotyka kolejny dramat, jej przyjaciółka Olga ginie w podobnych okolicznościach. Dochodzenie prowadzi Szymon Pawelec, jednak Weronika jest zdegustowana brakiem postępów w śledztwie i zamierza wziąć sprawy w swoje ręce. Dziewczyna sądzi, że jej przyjaciółkę zabił ktoś z byłych współpracowników. Weronika zatrudnia się w szkole - byłym miejscu pracy Olgi i zaczyna prowadzić niebezpieczna grę, w której stawką będzie jej życie. 

 
Małgorzata Rogala autorka również powieści „To, co najważniejsze” napisała ciekawy i wciągający kryminał z elementami romansu, który jest bardzo absorbującą lekturą. Książka nie posiada wyszukanej i zawiłej intrygi, nie szokuje też makabrycznymi opisami, ani nie przedstawia skomplikowanych relacji, a jest historią, która dzieje się w sposób bardzo naturalny, spontaniczność mocno jest widoczna w zachowaniach bohaterów i ich reakcjach. W historii nie ma przerysowania, za to można trafić na zajmujące prywatne śledztwo i zaskakujące korelacje, a także na ciekawie ujętą problematykę takich zagadnień jak szkolnictwo, wychowanie, i przemoc seksualna. Autorka nie epatuje wyświechtanymi frazesami, a jeśli nawet, to robi to bardzo subtelnie, jej styl jest estetyczny i przyjemny. Może się wydawać, że taka maniera nie służy kryminałowi, ale nic z tych rzeczy. Powieść zawiera sporą dawkę tajemniczości, szczególnie dotyczącą tożsamości mordercy, i niepokoju, bo ofiar przybywa, a nasza bohaterka – Weronika coraz mocniej depcze psychopacie po piętach. „Kiedyś cię odnajdę” to historia, w której bywa nerwowo, groźnie, sympatycznie, ale też pouczająco, a co najważniejsze, powieść idealnie wpisuje się w gatunek, dzięki czemu miłośnicy typowych kryminałów, takich trochę w stylu soft, nie powinni być zawiedzeni.  Szczerze polecam ten tytuł, bo gwarantuje on kilka godzin dobrej rozrywki. 
 
Książkowa melodia - dźwięk pozytywki "Kołysana" Brahmsa.

            
Czytaj dalej »

Porwana. Róża Lewanowicz

Róża Lewanowicz

PORWANA

Wydawnictwo: Replika
Data: 2014
Stron: 472
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami

Moja ocena: 7/10 – bardzo dobra



Justyna i Łukasz Mayer to typowe małżeństwo, nie licząc tego, że Łukasz jest pracownikiem CBŚ. Na co dzień para wiedzie spokojny, aczkolwiek niepozbawiony problemów, rytm życia. Wszystko się jednak zmienia, kiedy na oczach męża  Justyna zostaje porwana. Zdarzenie jest szokujące, teoretycznie nie ma powodu dla którego, ktoś miałby porwać spokojną, niewyróżniającą się kobietę, pracownicę stołecznej korporacji. Mayerowie nie należą do bogatych ludzi, więc kwestia okupu nie wchodzi w grę. Policja zakłada, że być może porwanie związane jest z pracą Łukasza. Jednak w trakcie śledztwa wychodzą na jaw tajemnice skrywane przez Justynę, jak się okazuje ludzi chcących ją skrzywdzić jest całkiem sporo, a i sama porwana nie należy do przeciętnych osób.

Źródło
Porwana” jest bardzo udanym debiutem autorki ukrywającej się pod pseudonimem Róża Lewanowicz. Na początku sceptycznie podchodziłam do tej lektury, dość długo dojrzewała u mnie na półce, ale kiedyś trzeba było zacząć ją czytać, jak już zaczęłam, to nie mogłam się zatrzymać. Historia wciągnęła mnie maksymalnie, byłam ogromnie zainteresowana rozwojem wydarzeń i skrywanymi tajemnicami, poza tym, nie mogłam sobie wyobrazić, że taka szara myszka, jak Justyna, jest kobietą o wielu twarzach i tak szokujących przeżyciach. Moja niewiara brała się stąd, że początek książki przypomina delikatny obyczaj, w którym poznajemy Mayerów jako zwykłe małżeństwo, niczym nie wyróżniające się, a sama Justyna jawi się jako wrażliwa i bardzo sympatyczna kobieta, która jak się okazuje – wraz z rozwojem wydarzeń - ma liczne talenty, którymi nie pogardziłby nawet komandos. Muszę przyznać, że Justyna bardzo przypomina mi inną bohaterkę, Burą z „Invocato” Agnieszki Tomaszewskiej, nawet humor, żonglerka słowna, jak i druhowie Justyny – wyjątkowe oryginały, kojarzą mi się z nakręconą ekipą z Miasta Samobójców, więc jeśli ktoś czytał powieść Tomaszewskiej, to powinien już wiedzieć co go czeka w „Porwanej”, oczywiście mniej więcej, bo praca Lewanowicz nie nawiązuje do nadprzyrodzonych zjawisk i światów, a do bardzo realnych problemów dotyczących m.in. wojska i policji. 

Bardzo polecam powieść Róży Lewnowicz miłośnikom historii sensacyjnych i wielbicielom niecodziennych fabuł, ponieważ zaskoczeń w opowieści jest bez liku, może czasami trzeba przymknąć oko na irracjonalne rozwiązania, ale naturalność tej historii, dynamizm, dowcip i sympatyczni bohaterowie, sprawiają, że przyjmuje się książkę z całym jej dobrodziejstwem, w każdym razie ja ją  tak przyjęłam, co więcej chętnie przeczytałabym kontynuację „Porwanej”, bo zaskakujące i otwarte zakończenie, skłania od ciągu dalszego. 
 

Czytaj dalej »

Rook, Graham Masterton

Graham Masterton

ROOK

Wydawnictwo: Replika
Data: 2014
Stron: 276
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami

Moja ocena: 6/10 - dobra 




Graham Masterton to twórca, któremu pisanie wychodzi raz lepiej, raz gorzej, ale nie szkodzi, zaakceptowałam to, co więcej, często mam niezłą frajdę z czytania słabszych książek, bo jednak jest coś w jego stylu, co sprawia, że jego prace dostarczają mi niemałej rozrywki. Tak też właśnie jest w przypadku powieści „Rook” - będącej początkiem cyklu horrorów, w którym opisane zostały przygody Jima Rooka, nauczyciela języka angielskiego i przedmiotów specjalnych w West Crove Communitv College. Książka nie jest ani straszna (najstraszniejsza jest w niej okładka), ani skomplikowana, ot po prostu jest przyjemną lekturą w typie miejskich legend, gdzie prym wiodą duchy i demony, a wszystko spowite jest w lekkim klimacie dreszczowca. 

 
Jim Rook to nauczyciel z powołaniem, dla swoich uczniów z klasy specjalnej jest w stanie zrobić bardzo wiele, więc kiedy zostaje brutalnie zamordowany jego wychowanek, a inny jego uczeń aresztowany pod zarzutem zabójstwa, Jim jest pewny, że to jakieś nieporozumienie, zwłaszcza że widział, jak z miejsca zbrodni wychodzi wysoki, ubrany na czarno mężczyzna. Szkopuł w tym, że nikt inny nie zauważył tego charakterystycznego osobnika. Rook, realista pełną gębą, nie dopuszcza do siebie myśli, że mógł widzieć zjawę, dopiero informacje uzyskane od sąsiadki i jednej z uczennic, otwierają mu oczy na zjawiska paranormalne, a dokładniej na religię voodoo i związane z nią ceremonie. Jak na złość, zjawa, a właściwie Dym - duch opuszczający ciało, zaczyna szantażować Jima, ale dzielny nauczyciel nie podda się tak łatwo, tym bardziej, że jego uczniowie stają za nim okoniem i nie zamierzają opuścić go w niedoli.

        Czyż rodzinne podobieństwo nie jest duże?
Rook to postać specyficzna, taka trochę nieporadna, zamotana, ale bardzo sympatyczna, zresztą tak samo jak jego uczniowie, wyjątkowe istoty, nieokiełznane, jednak na swój sposób rozbrajające. Taka charakterystyka nasuwa podejrzenie, że nie mamy do czynienia z pełnokrwistym horrorem, cóż... mylić się nie będziemy. Większość książki przeczytałam z lekkim uśmiechem. Liczne niebezpieczne sytuacje miały tak zabawną oprawę, że ubawiłam się czytając o zakopywaniu żywcem, czy o bliskich spotkaniach z żywym trupem, nic na to nie poradzę, że Masterton tak to wykreował, i nie sądzę, żeby była to kwestia przypadku. Jestem pewna, że powieść taka miała być, szczególnie że cykl pisany był z myślą o serialu TV, samo przez się połączenie żartu, grozy i prostoty złe nie jest. Historia nauczyciela widzącego duchy ma elektryzować, być może wywołać lekki dreszcz niepokoju, na pewno nie miała być horrorem po którym będą się śnić koszmary. Bo chociaż w powieści nie brakuje efektownego upuszczania krwi, ceremonii voodoo i czarnej magii, to jednak daleko jej do typowego przerażacza, być może dlatego że opowieść jest klasyczna, nie ma w niej nic zaskakującego, i jedynie informacje na temat voodoo, przekazywane szeptem przez bohaterów, sprawiają, że historia nabiera mrocznej aury, ale nie na tyle, żeby zniwelować tę sympatyczną otoczkę, oczywiście zakładając, że dowcipna strona książki jest wpadką, a raczej nie jest. Mnie czytanie „Rooka” sprawiło radochę, ta prosta historia o krwiożerczym czarowniku voodoo i prostodusznym nauczycielu wpasowała się w mój nastrój i sądzę, że przypadnie do gustu czytelnikom lubiącym subtelne opowieści o zjawach i złych siłach, które dybią na nieszczęśników, zaś osoby poszukujące mocnych wrażeń i wyjątkowych fabuł mogą się mocno rozczarować "Rookiem", dlatego uważam, że lekturę tej książki należy głęboko przemyśleć. 

Cykl Rook: „Rook”, „Kły i pazury”, „Strach”, „Demon zimna”, „Syrena”, „Ciemnia”, „Złodziej dusz”, „Ogród zła”.
 

Czytaj dalej »

Czas zamykania, Jack Ketchum

Jack Ketchum

CZAS ZAMYKANIA

Wydawnictwo: Replika
Data: 2014
Stron: 296
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami

Moja ocena: 7/10 – bardzo dobra




Czas zamykania” to zbiór dziewiętnastu utworów literackich, w którym znajduje się  niepublikowane wcześniej opowiadanie „Gorąca linia”, a także tytułowa nowela, za którą Jack Ketchum otrzymał w 2003 roku nagrodę Brama Stokera, utwór ten można znaleźć również w zbiorze „Królestwo spokoju”. Ciekawostką jest też intrygujący tekst „Olivia – monolog”, który zawiera scenę otwierającą powieść „Straceni”. Bezapelacyjnie opowiadania w tym zbiorze są godne uwagi, ale antologia ta, to również wyjątkowe komentarze autora. Ketchum, pod każdym z tekstów, zdradza okoliczności powstania danego utworu, swoje poglądy na niektóre tematy, jak również tyci, tyci sekrety z prywatnego życia. Taka taktyka to nie lada gratka dla fanów Jacka Ketchuma, do których również się zaliczam. 


Pisarstwo Ketchuma jest niebanalne, zaskakujące, często wręcz szokujące. Lubię tę mnogość odczuć, to najbardziej cenię sobie w pracach tego pisarza, czy to w formie krótkich utworów, czy powieści, jedynie jego cykl kanibalistyczny (Poza sezonem, Potomstwo, Kobieta) trochę mniej mnie ekscytował, ale zapewne dlatego, że zdecydowanie bardziej od nurzania się we krwi, wolę nurzanie się w emocjach. Do czego zmierzam? Ano do tego, że „Czas zamykania” jest – powiedzmy - w stylu soft, czyli sporo jest w nim psychologicznej głębi i ukazania człowieka jako naczynia dla wszelkiego zła. Lęk w tych opowiadaniach przybiera realne kształty, co więcej większości tekstów ukazuje gniew, ból i bezradność człowieka. Mnie, miłośnika zwierząt, już pierwsze opowiadanie „Powroty” rozłożyło na łopatki. Niby nic specjalnego, a jednak w piękny sposób przedstawiono w nim więź człowieka ze zwierzęciem, w podobnym tonie jest opowiadanie „Potwór”, które jest intrygującą mieszanką strachu i miłości. Oczywiście nie wszystkie teksty są równie fascynujące i niepokojące, cóż, taki to urok antologii, dlatego niespecjalnie dziwiło mnie to, że opowiadania mają zróżnicowany poziom i wydźwięk. Dla przykładu, większego wrażenia nie zrobił na mnie tekst „W domu z magnetowidem”, rozumiem, że dla niektórych seks i strach to mieszanka wybuchowa, i o ile ta krótka historia zawiera w sobie sendo sprawy, to jednak nie doświadczyłam większej przyjemności... czytania, ale z całą pewnością obejrzę „Wściekłość” z Marilyn Chambers, której rola w tym filmie, a właściwie to co miała pod bluzką, było meritum tego opowiadania. W podobnej konsternacji byłam po przeczytaniu „Rozchmurz się”, które jest swego rodzaju wyrażeniem zdania na temat wprowadzenia zakazu palenia w lokalach. Autor w komentarzu napisał, że wiele osób miało za złe wprowadzenie tego zarządzenia w nowojorskich knajpach, poza tym „(...) wielu z nas nie znosiło przemądrzałych japiszonów oraz snuło właśnie takie marzenia”, takie, tzn. jak skutecznie napędzić strachu przeciwnikom palenia. Cholera! Chyba stworzę alternatywną wersję tego opowiadania >:<


Na szczęście większość opowiadań wywarła na mnie spore wrażenie, gównie dlatego że przedstawiają liczne scenariusze tego, co może się stać jeśli nie patrzymy tam gdzie trzeba, jeśli przekraczamy granice, i kiedy odzywa się w człowieku jego mroczne oblicze. W pracach Ketchuma świat nie jest pięknym miejsce, jest ponurym obszarem gdzie na każdym kroku dzieją się tragedie, gdzie nie brakuje beznadziejności, fetyszy i okrucieństwa. „Czas zamykania” jest zbiorem niekoniecznie równym, niekoniecznie też każde z opowiadań jest pierwszorzędne, dlatego m.in. polecam tę pozycje fanom autora, raz, że zróżnicowane teksty łaskawiej przyjmą wielbiciele, a dwa, ciekawe komentarze, z których można dowiedzieć się kilku zdumiewających rzeczy o autorze są przednim pomysłem i sprawiają, że ma się wrażenie odbywania „sentymentalnej”, ale diabelnie niepokojącej i dostarczającej wielu wrażeń, podróży ze starym znajomym.

 
Czytaj dalej »

Uśpione marzenia, Natalia A. Bieniek

Natalia A. Bieniek

UŚPIONE MARZENIA

Wydawnictwo: Replika
Data: 2014
Stron: 320
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami

Moja ocena 7/10 - bardzo dobra





Ewa i Anna są siostrami, jednak różni je wszystko: praca, stan cywilny, zainteresowania. Kobiety nigdy się nie rozumiały i nie były ze sobą blisko związane. Anna jest wicedyrektorem banku, wszystko ma zaplanowane jak w szwajcarskim zegarku. Jej mąż i dzieci nie trwonią czasu. Nauka, pasje, to wszystko inwestycja w luksusowe życie. Ewa zaś, ciągle poszukuje swojego miejsca na ziemi, niestety marnie jej to idzie. Dorywcza praca i raty za niewielkie mieszkanko nie pozwalają jej się realizować, co więcej brak stabilizacji i niezależności finansowej sprawia, że odrzuca oświadczyny Michała. Jednak kiedy umiera ich matka, i kiedy przeszłość zaczyna ożywać we wspomnieniach, siostry zaczną na nowo się poznawać.

W jednym z luksusowych podwarszawskich domów dzieje się historia dziwna, niepokojąca, która wzbudza śmiech i płacz na zmianę, mąci w naszych duszach, umysłach i emocjach” [str.125]

Historia Ewy i Anny jest ogromnie poruszająca, nawet nie tyle ze względu na rodzinną tragedię, ale ze względu na ukazanie rodziny, w której niezdrowe ambicje i egoizm niszczą w  najbliższych marzenia, nawet do tego stopnia, że stają się ludźmi innymi, niż pragną być. Stłamszeni, spragnieni miłości, zapominają o swoich potrzebach i zostają kalką swoich „twórców”, ewentualnie walczą z codziennością, przybici stanem, z którego niełatwo wyjść. 

 
Autorka bardzo wnikliwie ukazała toksyczne relacje rodzinne i konsekwencje złych decyzji. Poza tym, przedstawiła obraz wyzwolonej kobiety, spełniającej się na wszystkich polach, która tak naprawdę, pod maską niezależności, nie radzi sobie z własną przeszłością, w której - modelowana jak plastelina - została ukształtowana na ideał, pytanie tylko czy ideał kobiety szczęśliwej? Media promują wizerunek aktywnej kobiety, która nie tylko sprawnie radzi sobie ze swoja biznesową karierą, ale też jest znakomitą panią domu, doskonałą żoną i matką, chwila! Nie dajmy się ogłupić, od kiedy to musimy być wzorem doskonałości? Natalia Bieniek nie uległa stereotypom i pokazuje życie, teoretycznie bardzo proste, które daje radość i spokój, a co więcej... spełnienie. Niestety często niewłaściwe priorytety przysłaniają prawdę, a odkrycie dobrej drogi nie zawsze jest łatwe i przyjemne.  

Uśpione marzenia” są powieścią emocjonującą, która sprawia, że zaczynamy analizować własną przeszłość. Historia Ewy i Anny, jest pouczająca i skłania do wyciągania wniosków, ale też sprawia, że doświadczamy wielu uczuć; Wylewne rozmowy tak skrajnie różnych kobiet, a jednocześnie tak bliskich sobie, wywołują wzruszenie, ale też i uśmiech, zwłaszcza że autorka posługuje się czarującym stylem - który lubię najbardziej na świecie - z lirycznym zaciągiem, wprowadzającym bardzo nastrojowy klimat. Powieść Natalii A. Bieniek nie jest kolejną banalną historią, ale mądrą i budzącą emocje powieścią obyczajową, którą polecam czytelnikom poszukującym szczerych, wiarygodnych opowieści o odkrywaniu własnego Ja. 
 
Czytaj dalej »

Po apokalipsie, Maureen F. McHugh

Maureen F. McHugh

PO APOKALIPSIE

Wydawnictwo: Replika
Data: 2014
Stron: 220
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami

Moja ocena: 6/10 - dobra




Po apokalipsie” to zbiór opowiadań amerykańskiej pisarki Maureen F. McHugh. Książka zdobyła liczne wyróżnienia i nagrody, m.in. nominację do nagrody im. Philipa K. Dicka 2011, a także została uznana przez „Publishers Weekley” za jedną z 10 najlepszych książek roku 2011. Bardzo żałuję, że nie mogę się przyłączyć do peanów na cześć tego zbioru, ponieważ teksty, które łączy jeden motyw – apokalipsa, czy to w znaczeniu globalnym, czy też przybierającym rozmiar osobistej tragedii, nie zawsze są jakościowo idealne, co więcej, bywa, że są mało ciekawe („Wyprawa do Francji”) i niekiedy słabo rozwinięte („Efekt działania siły dośrodkowej”, „Miasto ślepców”) Nie oznacza to jednak, że prace McHugh nie przypadły mi do gustu, co to, to nie. Klika opowiadań zrobiło na mnie ogromne wrażenie („Naturalista”, „Po apokalipsie”, Miesiąc miodowy”, „Bezużyteczne rzeczy”, „Specjalna ekonomia”) i sprawiło, że na chwilę zatrzymałam się analizując naturę człowieka.

W zbiorze znajduje się dziewięć opowiadań, większość to teksty, w których akcja rozgrywa się na terenach objętych zagładą np. zombie, wybuch jądrowy, promieniowanie, ptasia grypa, czy pandemia choroby prionowej, ale są też opowiadania mówiące o apokalipsie w kontekście dramatu jednostki. Autorka przewrotnie podchodzi do, tak zwanego, końca świata. To, co nam najczęściej kojarzy się z globalnym upadkiem, McHugh ubiera w tragedie ludzi, całkiem przeciętnych: matki, przyjaciółki, chłopca z amnezją czy dziecka umierającej kobiety. Każda z tych postaci musi radzić sobie nie tylko z zagładą, ale też z własną naturą i emocjami uaktywnianymi przez skrajne sytuacje. Być może nie każde opowiadanie ma mocną wymowę, nie wszystkie też robią olbrzymie wrażenie, ale trzeba być ignorantem, żeby nie docenić kreatywności autorki. Większość opowiadań ma zaskakującą fabułę, opisy, jak i refleksje. Poza tym McHugh posługuje się elegancką prozą i z gracją tworzy nieznane, i niebezpieczne światy, a w nich przedstawia ludzi, w fascynujący sposób obnażając ich dwojaką naturę.

Po apokalipsie” jest dobrym zbiorem, co prawda odrobinę nierównym, przypominającym przejażdżkę na kolejce górskiej, ale opowiadaniom nie można zarzucić braku oryginalności i zaskakujących puent. Poza tym, po raz kolejny możemy się przekonać o tym, jak silną istotą jest człowiek. Wydaje się, że w chwilach największego kryzysu upadniemy, nie damy rady podnieść się z gruzów, ale jak się okazuje, wiara i nadzieja sprawia, że żaden kataklizm, żaden dramat nie jest w stanie zabić w nas hartu ducha. Zawsze znajdziemy światełko w tunelu i bez względu na wszystko, nawet jeśli legną w gruzy nasze zasady, i kiedy zaczniemy błądzić, to i tak będziemy walczyć o istnienie. 









Buszując po necie trafiłam na niezwykle interesujące prace belgijskiego grafika Jonasa De Ro. Jego grafiki są fascynujące, i przedstawiają niepokojące światy, które mimo że nie nastrajają optymistycznie, to jednak zachwycają swoją urodą. 

Poniżej klika grafik  De Ro, więcej można zobaczyć na jego stronie http://www.jonasdero.be/illustration.html






Czytaj dalej »

Jesteś tylko mój, Joanna Sykat

Joanna Sykat

JESTEŚ TYLKO MÓJ

Wydawnictwo: Replika
Data: 2013
Stron: 220
Oprawa: Miękka + skrzydełka

Moja ocena: 7/10 - bardzo dobra





Joanna Sykat najprawdopodobniej trafi do grona moich ulubionych autorek, ponieważ w niezwykły sposób potrafi pisać o prostych sprawach, smakowicie czaruje słowem, a liryczny ton jej powieści sprawia, że można i się zadumać, i popłakać. „Jesteś tylko mój” to moje drugie spotkanie z twórczością tej pisarki. Wcześniej czytałam „Wszystko dla ciebie” - książkę interesującą i w formie, i treści. Dlatego śmiało zabrałam się za kolejną powieść Joanny Sykat i mimo że temat – zdrada małżeńska – mocno wyeksploatowany, to jednak liczyłam na udaną lekturę. Nie pomyliłam się. Książka jest intrygująca i w pewien sposób niezwykła, głównie za sprawą nastrojowego, poetyckiego tonu pisania.

Natasza jest zachwycającą i barwną istotą, która Krzysztofa, przeciętnego, aczkolwiek czarującego osobnika, poznaje na kursie tańca. Z czasem zaczynają czuć do siebie miętę. Ale ni stąd, ni zowąd Krzysztof żeni się z wrażliwą wiolonczelistką Renatą. Natasza różnymi metodami radzi sobie ze stratą i kiedy wydaje się, że wyszła na prostą niespodziewanie spotyka Krzysztofa. Jak się okazuje dawna fascynacja nie minęła. Zostają kochankami, którym życie szykuje sporo niespodzianek. Jedna z nich jest taka, że kiedy Natasza wydaje książkę opisującą swoją miłość do Krzysztofa, na spotkaniu autorskim spotyka Renatę, która wręcza jej żółty zeszyt. Zawiera on zapiski, które całkowicie odmienią życie bohaterów miłosnego dramatu.

Po przeczytaniu opisu książki, można by pomyśleć banał, ot kolejna opowieść, która spłynie po człowieku jak woda po kaczce. Nic bardziej mylnego. Powieść jest mocną historią, powiedziałabym nawet, że jest bezwstydnie szczera, pozbawiona kadzenia i osądów, z doskonałym, wręcz dobitnym zobrazowaniem stanów emocjonalnych bohaterek. Postacie książkowe to niejednolite charaktery, wplątane w mocno skomplikowaną sytuację, w której trafiamy na olbrzymią ilość odcieni miłości. Niekiedy z bólem serca czyta się o problemach i dylematach Nataszy i Renaty. Co ciekawe, wydaje się, że dwóch skrajnie różnych kobiet, nie jest w stanie cokolwiek łączyć, oczywiście poza mężczyzną, a jednak, czasami sytuacje, doświadczenia sprawiają, że rodzi się pewnego rodzaju nić porozumienia. Na dodatek z tej historii można wyciągnąć pewną naukę, że każde zdarzenie w naszym życiu ma sens i nawet jeśli nas los daje nam mocnego, prawego sierpowego, to jest szansa, że będzie on początkiem czegoś innego, być może znacznie lepszego.

Dodatkowym walorem powieści jest jej ciekawa forma. W książce znajdują się, podobnie jak we „Wszystko dla ciebie”, fragmenty wspomnień, notatki z dziennika, mejle, a nawet opowiadania Nataszy i fragmenty jej prac. Taka konstrukcja dodaje dynamizmu historii, z niecierpliwością czeka się na rozwój wypadków, a tych, proszę mi wierzyć, nie brakuje. Według mnie „Jesteś tylko mój” jest melancholijną i liryczną historią, niech nie zwiodą nikogo pozory sielankowej lektury, w której nie ma prostych i dobrych rozwiązań, w tej powieści nic nie jest czarno-białe, bo to opowieść o życiu; nagłych zmianach losu, niespodziewanych darach i miłości, niekoniecznie tej z happy endem.
 Gdyby ktoś nie zauważy, mnie się już to kilka razy zdarzyło, zresztą od świąt nie potrafię odnaleźć się w nowej rzeczywistości, to mamy nowy rok :-) 

W związku z tym, życzę dużo miłości, szczęścia, zdrowia, spełnienia marzeń, oraz odpoczynku - czasu na realizację swoich pasji, na spotkania z bliskimi ludźmi i pobycie... z samym sobą, bo zaduma to też konieczny stan. Wszystkiego dobrego w Nowym 2014 roku!
Czytaj dalej »

Ludzie z bagien - Edward Lee

Edward Lee

LUDZIE Z BAGIEN

Wydawnictwo: Replika
Data: 2012
Stron: 400
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami

Moja ocena: 6/10 - dobra





Phil Straker był porucznikiem w wydziale narkotykowym, za miesiąc miał awansować na kapitania, ale pewien „wpadek”, zmusił go do odejścia z policji. Obecnie jest ochroniarzem w fabryce tekstylnej i jak można się domyśleć nie jest to praca jego marzeń. Kiedy niespodziewanie zjawia się u niego Lawrence Mullins, dawny przyjaciel, jak również szef policji w Crick City z propozycją pracy, wydaje się, że zła passa Strakera przeminie. Jednak oferta nie jest tak atrakcyjna jakby się wydawało.
Crick City było zapyziałe i ubogie. Było pułapką. Nikt tam nigdy niczego nie osiągnął, nikt się nie wyprowadzał. Prawdziwa dziura(...)W sumie Crick City jawiło się jako nierozwiązalny węzeł nędzy i beznadziei. Zapomniane miejsce, zamieszkane przez zapomnianych ludzi” [str.28]
Phil nigdy nie planował powrotu do rodzinnego miasteczka. Kiedy wyrwał się z dziury zabitej dechami, sądził, że złapał pana Boga za nogi, wierzył, że co złe zostanie daleko za nim, ale praca w policji to jego największe marzenie. Dlatego przystaje na propozycję Mullinsa. Co prawda powrót do Crick City rodzi wiele pytań, zmusza go też do przerażających wspomnień, jednak perspektywa wzięcia udziału w narkotykowym śledztwie jest o wiele silniejsza, niż lęki, będące – być może – efektem halucynacji.

Jeśli ktoś nie zna Edwarda Lee, to przypomnę, że jest autorem kilkudziesięciu horrorów, co więcej jest specem od prozy ekstremalnej, a to oznacza, że w jego tekstach wynaturzeń, obrzydliwości i brutalnego seksu nie brakuje. Warto mieć to na uwadze, wybierając sobie jedną z jego książek np. „Sukkuba” czy „Golema”, bowiem, każda z tych powieści ocieka krwią, a liczne soczyste opisy orgiastycznych sesji, jak również kanibalistycznych uczt, niejednego mogą przyprawić o mdłości.

Zdjęcie
Propozycja dla odważnych. "Ludzie z bagien" i smażona wątróbka ;-)
Mnie niełatwo przerazić, ani też zniechęcić, dlatego „Ludzi z bagien” potraktowałam jak każdą inną książkę, z tymże taką, przy której nie można nic przegryźć, cóż takie lektury to idealne sposoby na walkę z nadwagą, ale wracając do tematu. Powieść zaczyna się typowo jak dla Lee, czyli dla podkręcenia zainteresowania, dostajemy prolog, w którym doświadczymy dziwnego i perwersyjnego obrządku zakończonego konsumowaniem martwych ciał. Pychota. W trakcie rozkręcania się kryminalnej intrygi, która coraz bardziej zaczyna przypominać koszmar z ulicy Wiązów, albo jeszcze gorzej, zetkniemy się z tytułowymi ludźmi z bagien, a są to zdeformowanie osobnicy, efekty związków kazirodczych, których prawo się nie ima. Jak na złość, Ci anormalni ludzie miłują się w okrucieństwie, są też fanami wyuzdanego seksu i wiernymi wyznawcami pradawnej religii.

W tym momencie wypadałoby nawiązać do „Sukkuba”, ponieważ z „Ludźmi z bagien” łączą go liczne podobieństwa. Nie wiem na ile to celowy zabieg, a na ile zbieg okoliczności, ale w obu przypadkach mamy nawiązania do miasteczka Lockwood, do prastarych religii i obrzędów, jak również znajdziemy wspólne cechy łączące bohaterów, którzy aby zrozumieć, muszą skonfrontować się ze swoją przeszłością, a zrobią to tylko wtedy, kiedy wrócą na dawne śmieci. Miedzy innymi z tego powodu historia co nieco jest stereotypowa, jednak nie przeszkadzało mi to, dlatego że ja naprawdę lubię styl pisania Lee, lubię jego specyficzne łączenie makabry z humorem, lubię małomiasteczkowy, duszny klimat, lubię dziwactwa, klasyczne straszenie mrocznym lasem, zakapiorami, i podejrzanymi chatami. Poza tym wielką sympatią darzyłam Phila Strakera, może i z niego dziwny osobnik, ale do błędów przyznać się potrafi, ma też wielkie serce, no i odwagi mu nie baruje, zaś ewentualne wady skutecznie ukrywa pod warstwą dobrego humoru, dla mnie to bohater prawie idealny. Oczywiście w opowieści mamy pod dostatkiem zmasakrowanych zwłok, brutalnych gwałtów, tortur czy wszelkich innych paskudztw, jednak porwałabym się na stwierdzenie, że w tej książce więcej jest kryminału niż hardcore horror. Mnie to bardzo odpowiadało, dlatego jeśli lubicie takie krwisto-soczyste historie, to myślę, że pragnienie na takie teksty może skutecznie zostać zaspokojone przez „Ludzi z bagien”.

Czytaj dalej »

17 Szram

Masterton, Rostocki, Wilson, Kain, Cichowlas, Mellick III, Radecki, Irving, Ziębiński, Waśkiewicz, Nassise, Kyrcz JR, Castle, Maciejewski, Campbell, Zielińska

17 SZRAM

Wydawnictwo: Replika
Data: 2013
Stron: 384
Oprawa; Miękka ze skrzydełkami





Dość niedawno, bo pod koniec października, nakładem wydawnictwa Replika ukazała się antologia opowiadań horroru „17 szram”. Poprzednie tomy z tej serii to „11 cięć”, „13 ran” i „15 blizn”. Nie miałam możliwości przeczytać wszystkich części, udało mi się tylko poznać „15 blizn”, do opinii na temat tego zbioru zapraszam pod ten link KLIK

Jak wiecie bardzo lubię opowiadania, trochę zabrzmi to przekornie, ale po prostu nie muszę zbyt długo czekać na rozwiązanie zagadki - oczywiście to tylko mały żarcik. Opowiadania horroru mają coś w sobie, ta krótka forma zazwyczaj zawiera maksimum treści i... w to mi graj. Skondensowany wygląd wszelkich oblicz strachu daje mi dużo radości, o ile temat, jak i wykonanie jest, powiedzmy, prawie mistrzowskie. Jeśli chodzi o „17 szram” to jak większość antologii arcydziełem nie jest. Główną bolączką tego typu zbiorów jest nie zawsze idealne ułożenie opowiadań, ale, ale, taki zarzut to żaden zarzut, ponieważ ile ludzi, tyle upodobań w zakresie konstrukcji antologii. Dlatego ustalmy, że wcale o tym nie wspomniałam. 

 
Zazwyczaj antologie czytałam jak leci, czyli na jednym posiedzeniu przerabiałam je od A do Z. Błąd, błąd. Taka ilość mocnej treści może zmęczyć, zniechęcić i totalnie obrzydzić opowiadania, dlatego po raz pierwszy teksty dawkowałam sobie bardzo rozsądnie, dosłownie dwa dziennie. Było to dla mnie idealne rozwiązanie, bo po raz pierwszy mogę śmiało powiedzieć, że antologia opowiadań grozy bardzo mi się podobała. Nie będę streszczać tych siedemnastu opowiadań, niech to będzie niespodzianką. Napiszę tylko, że do żadnego nie mogłam się tak naprawdę doczepić. Owszem były takie które bardziej lub mniej mi się podobały, jednak każde z opowiadań miało swój oryginalny, intrygujący temat i upiorny urok. Jedynie, to już standardowo, psioczę na teksty Mastertona, dziwne to z lekka, bo jestem fanką jego twórczości, jednak w jego opowiadaniach w ogóle się nie odnajduję. Tak też było w przypadku opowiadania „W obronie Rogera Herringsa”. Autor napisał go w wieku 17 lat, więc tekst ten jest swego rodzaju perełką dla miłośników gatunku, i tak traktować go trzeba. Opowiadanie znacznie różni się od tego, do czego mistrz nas przyzwyczaił, jest lekko satyryczne z delikatnym motywem opętania, jednak mnie czegoś w nim zabrakło, może po prostu liczyłam na sporą dawkę demonicznych i krwistych ekscesów, a dostałam średniej jakości tekst ze sfiksowaniem w stronę seksu. Tak czy siak „W obronie...” jest swego rodzaju ciekawostką i daje możliwość poznania Mastertona trochę z innej strony. Innym smaczkiem jest opowiadanie Washingtona Irvinga „Legenda o Sleepy Hallow”. Na jego podstawie Tim Burton nakręcił film zatytułowany „Jeździec bez głowy” z Johnnym Deepem w roli głównej. Legenda ma specyficzny urok,  magiczny wydźwięk i klasyczną atmosferę grozy.



Warto zauważyć, że w „17 szramach” dziesięć opowiadań to twórczość naszych rodzimych pisarzy grozy. Chylę przed nimi czoła, bo ich teksty robią wrażenie. Polska scena horroru nabiera coraz więcej mocy, co jest bardo pocieszające. Szczerze podoba mi się to, co wyczyniają nasi twórcy, ich pomysły na straszenie są jak najbardziej trafne i mimo że niekiedy wykorzystywane są  klasyczne motywy horroru, to w wykonaniu naszych mistrzów nabierają nowego wymiaru, poza tym ich prace są wciągające, dające do myślenia, a ich puenta zawsze zaskakuje. 
 
Ta antologia dużo bardziej podobała mi się niż „15 blizn”, nie wiem czy jest to zasługa mojego nowego systemu czytania, czy po prostu jakość opowiadań jest dużo lepsza, a może po prostu sprawdza się porzekadło, że praktyka czyni mistrza i czwarty zbiór opowiadań Repliki jest na to dowodem. W każdym razie „17 szram” to pozycja godna uwagi, która prezentuje pełny wachlarz strachów, charakteryzujący się mroczną atmosferą i zaskakującą formą. Zachęcam do lektury!

Spis treści zaczerpnięty został ze strony http://www.replika.eu/index.php?k=ksi&id=478)

SPIS TREŚCI

Kompleks Kasandry • Aleksandra Zielińska 7
Rozpruwacz • F. Paul Wilson 53
A czerwiec był piękny tego roku • Łukasz Radecki 77
Z perspektywy czasu • Ramsey Campbell 107
Karolina • Robert Ziębiński 125
Skorodowany • Kazimierz Kyrcz Jr 145
Czerwony Świat • Carlton Mellick III 155
Biel Łabędzia, biel łabędzia • Krzysztof Maciejewski 179
W obronie Rogera Herringsa • Graham Masterton 189
Empatron • Jacek Rostocki 199
Ciało/Krew • Dawid Kain 241
Porada • Mort Castle 259
18+ • Paweł Waśkiewicz 273
Przejścia • Michał Gacek 299
Syreni Śpiew • Joseph Nassise 315
Ouija • Robert Cichowlas 337
Legenda o Sleepy Hollow • Washington Irving 349  

Czytaj dalej »