Wydawnictwo: Replika
Data: 2013
Stron: 396
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami
Karin
i Eryk Larssonowie są przybranymi rodzicami Simona. Pojawienie się chłopca w ich domu, wiąże się z tajemniczym pochodzeniem dziecka. W przededniu wojny, kiedy kraj zalewa fala antysemityzmu,
informacja o tym, że ojcem Simona jest Żyd niemieckiego
pochodzenia, zagrażałaby życiu, dlatego Larssonowie robią wszystko, aby ukryć tożsamość malca, jednocześnie próbują stworzyć mu normalne warunki do wychowania. Tuż po wybuchu wojny
Simon zaprzyjaźnia się z żydowskim chłopcem Izaakiem. Młodzieńców
dzieli wszystko. Izaak jest synem bogatego przedsiębiorcy, a Simon
pochodzi z rodziny robotniczej. Teoretycznie tych dwóch nie powinno
nic łączyć, jednak w miarę rozwoju wydarzeń więź między
chłopcami i ich rodzinami coraz bardziej się zacieśnia. Co więcej
Simon zaprzyjaźnia się z Rubenem, ojcem Izaaka, dzięki
specyficznej, wyjątkowej relacji Simon zacznie poznawać
magiczny świat dźwięków i symboli, który w konsekwencji rozbudzi
w nim potrzebę poszukiwania prawdy o samym sobie.

„Simon
i dęby” jest dramatem psychologicznym, sentymentalnym i,
niejednokrotnie, trudnym w odbiorze, który zmusza do rozważań i
refleksji. W moim odczuciu powieść pod wieloma względami jest
idealna. Autorka pokazała nam fascynujące oblicza bohaterów, ich
kreacje są niezwykle prawdziwe, a wszelkie odczucia i odruchy
niepokojąco sugestywne. Realizm tej powieści wzbudza przeróżne
stany psychiczne, co oczywiście dodatkowo wypływa na jej odbiór. Na emocje znaczący wpływ ma również specyficzny klimat:
ponury, przygnębiający, wywołujący uczucie ciągłego niepokoju,
ale bądź co bądź temat powieści nie nastraja optymistyczne, a
zmagania bohaterów nie skupiają się na prozaicznych, codziennych
czynnościach. Mimo wielu zalet, uważam, że momentami, książka
była zbyt uproszczona i lakoniczna. Opowieść, która prowadzi
przez lata, aż do czasów powojennych, zamyka się na niecałych 400
stronach. W sumie powinno to wystarczyć, jednak wiele elementów tej
historii zostało potraktowanych po macoszemu, jak choćby istotna
wyprawa Simona do Ameryki zajmuje raptem jeden akapit. Kilka innych
wydarzeń, najprawdopodobniej również nie zasługiwało na większą
uwagę autorki, bo zostały tylko krótko wspominane. Telegraficzna forma przekazu nie przypadła mi do gustu, tym bardziej że momentami powieści brakowało natężenia i wyczuwało się, charakterystyczny dla skandynawskich powieści, dystans. Nie zamierzam jednak zastanawiać się, dlaczego pewne elementy
powieści zostały potraktowane tak, a nie inaczej, ponieważ "Simon i dęby” jest wyjątkową pozycją, przedstawiającą
przyjaźń dwóch niekonwencjonalnych rodzin, które w czasie wojny,
nie bacząc na niebezpieczeństwo, wspierają się i solidaryzują w
najistotniejszych kwestiach. Oprócz tego powieść porusza istotne zagadnienia i
bezwstydnie pozwala zajrzeć w psychikę bohaterów, jest to fascynujące
i pouczające doświadczenie.
Widzicie jakieś podobieństwa? Nie znoszę takich zabiegów :<