30 lipca 2013

Rock ponad wszystko

Jakub Ćwiek

DRESZCZ

Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data: 2013
Stron: 296
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami





Ćwiek, Jakub Ćwiek - gorące nazwisko ostatnich lat, a wszystko za sprawą m.in. cyklu „Kłamca”, powieści z pogranicza kryminału i horroru „Liżąc ostrze”, a także horroru „Ciemność płonie”. Ubolewam nad tym, że nie znam powyższych tytułów, ale co się odwlecze to nie uciecze. Na mój warsztat czytelniczy w pierwszej kolejności trafił „Dreszcz”. Muszę przyznać, że był to dość niefartowny wybór, bo gdybym należała do osób łatwo zrażających się, to podejrzewam, że „Kłamcy” niedane by mi było już poznać, ponieważ nie zapałałam sympatią do Rycha Zwierzchowskiego, bohatera czy też antybohatera najnowszej książki Jakuba Ćwieka.

Wspomniany Rychu jest podstarzałym rockmanem, można by rzec menelem, żyjącym tylko wspomnieniami i dzienną, nielimitowaną dawką mocnych brzmień. Zwierzu jest niezwykle irytującym osobnikiem, na szczęście trafił na bratnią duszę, Ślązaka Alojzego, który do Rycha pasuje jak pięść do nosa. Mimo to, panowie w charakterystyczny dla siebie sposób dogadują się, co więcej zawsze ratują w potrzebie. Jednak nic co dobre nie trwa wiecznie. Sielana kończy się kiedy Zwierzchowskiego ciula piorun prosto w łeb. W wyniku kontaktu człowiek – piorun nie może wyjść nic dobrego, powiedzmy... Rychu otrzymuje supermoce, zdolność do strzelania wiązką elektryczną. W zaistniałej sytuacji, pomarszczonemu jak orzech włoski rockmanowi, wypadałoby zostać superbohaterem, tym bardziej że w okolicy grasują zabójcy, którzy najprawdopodobniej, też posiadają nadludzkie moce. Jednak Rychu nie należy do subordynowanych osobników i w trykocik ubrać się nie pozwoli.

Fabuła książki jest dość oryginalna, mimo że przypomina historię Hancocka, pijaka obdarzonego nadludzkimi zdolnościami, z tymże nasz rodzimy bohater nie lata i nie jest niezwykle silny, a jedynie dysponuje efektownymi wyładowaniami elektrycznymi i gra na gitarze nie gorzej od Keitha Richardsa. Co więcej, Zwierz ma zaskakujące poczucie humoru, które dowodzi, że nie nadajemy na tych samych falach. Żart w „Dreszczu” niespecjalnie mnie bawił, owszem były momenty, które wywoływały lekkie rozbawienie, jednak większość powiedzonek Rycha, w moim odczuciu wypadała żałośnie, nie wiem, może ja nie czuję bluesa, a raczej rocka. A' propos rocka, nawiązań do popkultury jest cała masa, w historii trafimy na wzmianki o znanych zespołach i możemy zaczytać się w tekstach piosenek. Klimatycznie książka wypada rewelacyjnie, fani mocnych gitarowych brzmień na pewno będą usatysfakcjonowani. Jednak nie samym klimatem człowiek żyje, mnie brakowało rozwinięcia, tąpnięcia. W „Dreszczu” wiele się dzieje, surrealistycznych bohaterów jest cała masa, co jeden to oryginalniejszy, i mimo że akcja wydarzeń jest dynamiczna, to jednak kiedy zaczyna się dziać coś konkretnego, to zaraz się kończy, smutne to troszkę. Dodatkowo czytanie utrudniała mi śląska gwara, Alojz jest mistrzem, jego wypowiedzi błyszczą, ale co z tego skoro dla mnie, osobnika z regionu polski w którym gwary śląskiej nie uświadczy, zrozumienie, a nawet wypowiedzenie kwestii tego sympatycznego bohatera, było nie lada wyzwaniem. Oczywiście te charakterystyczne fragmenty dodają smaczku i autentyczności, ale dla niektórych osób mogą stanowić niemałą przeszkodę. Powieść Jakuba Ćwieka nie jest złą lekturą, co to to nie, ale ja nie mogłam  się w nią wstrzelić i raczej nie sięgnę po kolejną część. Jednak nie kończę przygody z twórczością autora i na pewno będę miała oko na „Kłamcę”.