23 czerwca 2013

Nareszcie w domu.

Witajcie, witajcie :-)

Wróciłam i zorganizować się nie nie mogę. Ciągle czasu mi brak, co więcej wiele spraw osobistych, jak i zawodowych, wymknęło mi się spod kontroli, co niestety przekłada się na moje zdrowie psychiczne, tak, tak, od nadmiaru wrażeń można sfiksować, a mnie do szaleństwa jest coraz bliżej. Lekko nie jest, ale nie ma tego złego... Poza tym, z przykrością stwierdzam, że przez dwa miesiące zagranicznej harówki, nie przeczytałam ani jednej książki. Praca po kilkanaście godzin dziennie nie służyła lekturze, oczywiście była podjęta próba czytania, ale zakończyła się fiaskiem, bo po trzech stronach zasnęłam. 

Obecnie walczę z dwoma tytułami, walczę, ponieważ powieść „Na ratunek”, czyta mi się bardzo, bardzo opornie, mimo że temat niegłupi, a film nakręcony na podstawie książki „Chłopiec w pasiastej piżamie”, obejrzałam w autokarze, w drodze powrotnej do domu, i niestety nakładanie się emocji filmowych na książkowe nie wypada najlepiej, dlatego dam sobie jeszcze czas. Póki co, w najbliższym czasie, spróbuję poodwiedzać Wasze blogi, poszperać na stronach, sprawdzając jak się spisywaliście pod moją nieobecność :-)
A' propos, tęskniłam!


Na szczęście nie mam problemów z wbiciem się w fotel kinowy, i tak na szybko wpadłam na seans „1000 lat po Ziemi”. Moje wrażenia, w skrócie.

 Opis filmu (Multikino.pl)

Gdy ludzie uciekli z Ziemi po kataklizmie, Nova Prime stała się nowym domem. Generał Cypher Raige (Will Smith) wraca z misji i pragnie zajmować się tylko swoim 13-letnim synem Kitaiem (Jaden Smith). Jednak zderzenie z asteroidą spowodowało uszkodzenie ich statku i muszą lądować na Ziemi, która jest dla nich nieznana. Cypher jest ciężko ranny i Kitai musi odnaleźć latarnię, aby dać sygnał i wrócić na ich planetę.

Produkcje M. Night Shyamalan'a wzbudzają we mnie mieszane uczucia, gdyż jego filmy bywają dobre, jak np. „Szósty zmysł”, wątpliwe „Osada”, „Ostatni władca wiatru”, ale też fatalne np. „Zdarzenie”, „Kobieta w błękitnej wodzie. Jednak uwielbiam Willa Smitha, do tego stopnia, że kiepskie rekomendacje, a nawet szokujące o nim plotki, nie wypływają na moją sympatię do tegoż Pana, dlatego bez zbędnych ceregieli zarezerwowałam sobie ulubione miejsce, w swoim ulubionym kinie, i z butelką wody mineralnej oraz paczką gumy Mamba, ze zniecierpliwieniem czekałam na zaciemnienie sali kinowej.

„1000 lat po Ziemi” okazał się sympatycznym i widowiskowym kinem familijnym, w którym panowie Smith wypadli całkiem dobrze.  Film dostarcza wielu emocji, jednak momentami bywa ckliwy, przerysowany i straszy sztucznym patosem. Oprócz tego, obraz ten jest ogromnie przewidywalny, nie zobaczymy w nim nic czego nie znamy, no może poza kosmicznym, krwiożerczym monstrum, którego można się przestraszyć. Z bólem serca przyznaję, że film nie jest idealny, ale summa summarum wypad do kina uznaję za udany, bo pomijając kilka irytujących momentów, dobrze bawiłam się podziwiając sprawność młodego Smith, jak również interesująco wykreowaną postapokaliptyczną rzeczywistość. „1000 lat po Ziemi” nie jest rewelacją, ale jeśli ktoś ma ochotę na odstresowujące i niezbyt ambitne kino, to jak najbardziej polecam. 



Słabiutkie są moje kinowo-książkowe doświadczenia, ale mam nadzieję, że za jakiś czas wpadnę w swój stały rytm, póki co czekam na Wasze podpowiedzi w kwestii co przeczytać i co podejrzeć.
Jeszcze raz witam serdecznie, nie ma jak w domu, cywilizacja jest suuuper :-)