12 kwietnia 2013

Uchwycić prawdę

 Sebastian Fitzek

KLINIKA

Wydawnictwo: G+J
Rok wydania: 2009
Stron: 280
Oprawa: Miękka







 
Sebastian Fitzek uważany jest za mistrza niemieckich thrillerów. Jego powieści rozchodzą się jak świeże bułeczki; trafiają na pierwsze miejsca list bestsellerów: „Terapia”, „Makabryczna gra”, „Śmierć ma 143 cm wzrostu”, „Klinika”, to książki, które sporo namieszały w literackim świecie, do tego stopnia, że producenci filmowi walczą o prawa do ich sfilmowania. Grzechem byłoby nie poznać twórczości tego pisarza. Mimo że od ponad roku w mojej biblioteczce dojrzewa „Kolekcjoner oczu”, to zaczęłam od „Kliniki”, głównie za sprawą wymownego ostrzeżenia „Dalsza lektura jedynie pod nadzorem lekarza”, poza tym na moje zmysły wyjątkowo mocno oddziałują klaustrofobiczne klimaty, a „Klinika” pod tym względem nie ma sobie równych.

Ta książka to jedna wielka zagadka, która... no właśnie, oczywiście nie zdradzę, bo byłaby to poważna zbrodnia z mojej strony, ale napomknę, że jeszcze długo po tej lekturze, główkujemy nad jej pewnymi elementami, i za to brawa dla autora, bo oprócz tego że stworzył niezwykłą intrygę, to jeszcze sprawił, że historia przypomina interaktywną grę, bardzo niepokojącą, niebezpieczną i duszną.

Fabuła trzyma w napięciu do ostatniej strony, ale czy inaczej być może, skoro mamy do czynienia z wyjątkowo niebezpiecznym osobnikiem, który łamie psychikę swoich ofiar. Szaleniec ochrzczony przez media Łamaczem najprawdopodobniej wdarł się do odciętej od świata przez śnieżycę Klinki Psychiatrycznej. Personel i pacjenci są zdani tylko na siebie, nikt nie może z budynku wyjść ani wejść, nikt też nie może im przyjść na ratunek. Rozpoczyna się walka z czasem, w ciągu kliku godzin rozegra się szokująca akcja, która będzie miała nieoczekiwany finał.

Klinika” jest wyśmienitym thrillerem psychologicznym. Książkę czytałam z ciągłym uczuciem niepokoju, nie wiem jak to Fitzek zrobił, ale miałam wrażenie, że wraz z pacjentami kliniki biorę udział w koszmarnej rozgrywce. Wielokrotnie cierpła mi skóra, a umysł robił mi hece, tworząc raz po raz, prawdopodobny scenariusz wydarzeń, który oczywiście nijak się miał do zamierzeń autora. Było to fascynujące uczucie, ekscytacja związana z czytaniem tej opowieści, wprawiała mnie w stany euforii, paniki i zdumienia. To niesamowite, że Fitzek potrafi w taki sposób owładnąć czytelnikiem. Za pomocą zwykłych słów, prostych zdań i kilku ciekawych konstrukcji, wpływa na podświadomość i manipuluje, podsuwając tropy, które dezorientują i prowadzą na manowce. Co ciekawe, mimo że w pewnych momentach historia jest mało logiczna, wręcz niewiarygodna, to jednak wkręcamy się w tę opowieść, chcąc czy nie, aklimatyzujemy się w tej koszmarnej klinice, i nie tylko po to oby zasmakować panicznego lęku, ale też po to, aby z ostatnią stroną pozostać w osłupieniu i powiedzieć „To było dobre!”.