Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Videograf. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Videograf. Pokaż wszystkie posty

Miasteczko. Robert Cichowlas, Łukasz Radecki

"Miasteczko" Roberta Cichowlasa i Łukasza Radeckiego to książka, którą zauważono i doceniono. Mnie od razu rzuciła się w oczy, choćby dlatego że zawsze podobały mi się prace obu pisarzy, ponieważ często są inspirowane twórczością Mastertona, do którego mam wyjątkową słabość. Niestety z bólem serca stwierdzam, że "Miasteczko" to dla mnie czytelnicze rozczarowanie roku, o którym przykro mi pisać. Nie pamiętam kiedy ostatni raz tak męczyłam powieść z mojego ulubionego gatunku, na dodatek nawiązującego do interesujących wierzeń słowiańskich.

Marcin Lanowicz jest pisarzem, któremu dokucza niemoc twórcza, m.in. dlatego postanowił wyjechać z żoną do Morwan, spokojnego i niewielkiego miasteczka w warmińsko-mazurskim. W tej oazie zieleni planuje odpocząć i pozbierać myśli. Niestety już na początku pojawiają się schody i to niemałe. Marcinowi ukazuje się duch zmarłego brata, który przestrzega go przed wyjazdem, ale co tam duch... Marcin pakuje walizki i kierując się prowizoryczna mapką, rusza w drogę. Morwany okazują się cudownym miejscem, istnym rajem, którego obraz psują przygaszeni i niedostępni mieszkańcy. Najbardziej intrygujące pozostają trzy siostry - wysokie, chude i blade - od których wzroku cierpnie skóra. Zdecydowanie jest coś nie tak, ale ani Marcin, ani jego żona nie dopuszczają do siebie myśli, że stali się zakładnikami owych przedziwnych, a tak naprawdę krwiożerczych i srodze napalonych bladolicych sióstr.

Bardzo lubię historie z motywem zaklętej wsi pośrodku lasu. Dzika przyroda wybitnie mocno działa na moją wyobraźnię, ale co z tego, skoro "Miasteczko" to nic innego, jak opowieść zawierająca multum elementów charakterystycznych dla tego typu powieści. Dlatego zawsze jesteśmy o krok przed bohaterami, wiemy - czy też możemy przypuszczać - jak potoczą się ich losy, wróć - kłamię, zapewne nie można się spodziewać odstręczających opisów erotycznych ekscesów "słowiańskich siostrzyczek", które nie gardzą żadnym rodzajem seksu, a najlepiej gdy okraszony jest krwią i fekaliami. I nie chodzi o to, że nie wiem jak smakuje hardcor horror, notabene niektóre sceny przypominały mi "Sukkuba" Edwarda Lee, ale u niego miały one jakiś sens. W przypadku "Miasteczka" wygibasy i fantazja krwiożerczych mar są słabą próbą przedstawienia "urody" diabolicznych nimfomanek. Irytował mnie również brak harmonijnego połączenia miedzy fragmentami cechującymi się dużym wyciszeniem a scenami gore. W moim odczuciu spora część tej książki to historia obyczajowa, w której mocne, obrzydliwe sceny są jakimś nieporozumieniem. Do szału doprowadzali mnie też bohaterowie ślepi i głusi na otoczenie. Rozumiem, że współczesnemu człowiekowi trudno zaakceptować niewyjaśnione zjawiska, ale nawet idiota przeżywając i widząc to, co bohaterowie, dopuściłby do siebie myśl, że coś jest na rzeczy. Zastanawia mnie też wątek prywatnego detektywa Flisa, który poszukując żony klienta, trafił do Morwan, ponieważ motyw ten nie wpływa na rozwój wydarzeń, nie licząc tego, że detektyw jako jedyny wykazywał się w miarę trzeźwą oceną sytuacji oraz miał bardzo słaby pęcherz i... zwieracz.
"Macie jakieś gacie na przebranie? - zapytał Flis - Przez te zmory znowu się zesrałem."
Teoretycznie pomysł na książkę był ciekawy, ale upakowano w tej powieści wszystko co możliwe, począwszy od koszmarów i duchów aż po jezioro krwi, a także zbiorowe lesbijskie i kazirodcze gwałty. Na dodatek historię przedstawiono nieciekawie, tempo szwankowało, wydarzeniom było brak logiki, a bohaterowie to niesympatyczni i bezmyślni osobnicy. Jednak żeby nie wyjść na malkontenta, to zaznaczę, że wyjątkowo ciekawie wypadły fragmenty z pamiętnika i koncepcja słowiańskiego mitu. Rozumiem, że obaj panowie mają zamiłowanie do horroru klasy B, zresztą ja również, ale po tak doświadczonych autorach spodziewałabym się ambitniejszej historii. Mimo że książka nie spodobała mi się, to nie napiszę, że należy jej unikać, gdyż horror to specyficzny gatunek, dlatego jak jesteście odważni albo ciekawi, to ryzykujcie. 


MIASTECZKO
Robert Cichowlas, Łukasz Radecki
Wydawnictwo: Videograf
Moja ocena: 3/10 - słaba
Czytaj dalej »

Pora chudych myszy. Wojciech Bauer

"Pora chudych myszy" to nietypowy, klimatyczny thriller kryminalny. Nietypowy, ponieważ większość wydarzeń dzieje się w labiryntach kopalnianych ścieżek, gdzie ciemność i duchota wyostrzają zmysły. Klimatyczny, bo wprowadzenie gwary śląskiej, plastyczność opisów oraz wątek pradawnego lęku wywołują niesamowitą atmosferę i pobudzają wyobraźnię.

Franka Kulok to sympatyczna dziewucha, która marzyła o pracy sztygara, taka u niej tradycja rodzinna, górnikami zostawali wszyscy mężczyźni od niepamiętnych czasów. I choć do pracy, na dół, kobiet nie przyjmowano, to France udał się ten wyczyn. Dziewczyna nie popracowała długo, ponieważ ktoś ją brutalnie zamordował w ciemnym wyrobisku. Niestety to początek serii zabójstw. Bezradna prokuratura i dyrektor kopalni zwracają się o pomoc do detektywa Nakoniecznego, byłego esbeka, mającego na koncie haniebne czyny z czasów stanu wojennego. Nakonieczny to niemłody, schorowany człek, który zajmuje się odzyskiwaniem długów i śledzeniem niewiernych małżonków. Choć na zdrowiu nie domaga, nie stroni od alkoholu i okazjonalnych figli. Można powiedzieć, że niezbyt przyjazny z niego typ. Być może dlatego wpada od czasu do czasu w niezłą kabałę. Jak choćby niemądrą współpracę z mafiozem, której wynikiem będą nieprzewidziane i nieprzyjemne konsekwencje.

Na początku w książce toczą się dwa równoległe wątki. Jeden dotyczący zabójstw  w kopalni, drugi pracy Nakoniecznego. Te dwa motywy, na pierwszy rzut oka, wydają się niezależne od siebie, nie licząc faktu, że detektyw i dyrektor kopalni w latach swojej świetności, czyli do czasów posiadania przez Nakoniecznego czerwonej legitymacji, byli przyjaciółmi. W pewnym momencie, oba wątki zazębiają się, tworząc pełne napięcia podziemne zmagania.

Powieść Wojciecha Bauera (Wieża życia, Ayantiall, Zapach trzciny) to świetnie skonstruowana historia, w której wszystko ożywa dzięki ekspresywnemu stylowi pisania. Z tego względu łatwo wczuć się w sytuację osoby osaczonej w podziemnym tunelu, w którym każda kropla dźwięczy niczym serce dzwonu, każdy podmuch przeciągu huczy zapowiedzią tajfunu, górotwór za obudową chodnika niekiedy skrzypi i trzaska(...) [str.13]. Odczucia są tym większe, że Bauer doskonale przybliżył sylwetki bohaterów, tworząc im nie tylko ciekawe życiorysy, ale też uwypuklając ich osobowości.

Motyw zabójstw jest bardzo tajemniczy i niełatwy do rozszyfrowania. Tym bardziej, że nieczęsto zdarza się seryjny zabójca w kopalni. Zbieranie śladów w takim miejscu to syzyfowa praca. Autor podrzuca pewne podpowiedzi, jednak elementy ezoteryczne skutecznie mieszają w głowie. Swoje robi  też aura niepokoju i napięcia, dzięki czemu książką czyta się z przejęciem. Musiałabym wykazać się ignorancją, żeby nie docenić profesjonalizmu Wojciecha Bauera, bo raz że historia jest oryginalna, a dwa pióro pisarza jest idealne. Jednak momentami długie opisy, głównie dotyczące życia Nakoniecznego, odciągały mnie od głównego wątku, sprawiały, że skupiałam się nie na tym, co powinnam. Oczywiście trudno to nazwać zarzutem wobec powieści, bo zapewne dla wielu osób rozległe relacje będą bezsprzeczną zaletą, ale niestety mnie one blokowały. Jednak jakby nie patrzeć "Pora chudych myszy" to bardzo dobra powieść, którą polecam fanom kryminalnych zagadek.

PORA CHUDYCH MYSZY
Wojciech Bauer
Wydawnictwo: Videograf
Rok wydania: 2016
Stron: 300
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami

Moja ocena: 8 - bardzo dobra

Czytaj dalej »

Balsamiarka. Izabela Kawczyńska


Mam wielki problem z "Balsamiarką", bo odkąd ją przeczytałam, nie mogę o niej przestać myśleć. Nie wiem też czy mam ją chwalić, czy ganić za zrujnowanie spokoju ducha. Ponieważ powieść Izabeli Kawczyńskiej jest historią niemożliwie bolesną.
"Odkąd pamiętam, jestem jak lalka. Duża, miękka lalka. Potrafię chodzić, sikać, mówić. Jeśli nacisnąć właściwy guzik, wołam "mama!", "tata!", śmieję się albo płaczę. Dobra ze mnie lalka. Udaję coś żywego, porządnie udaję. Robię to tak, że aż diablo boli"
Neurotyczna, nadmiernie wrażliwa bohaterka napawa smutkiem tak wielkim, że chce się ją przytulić i powiedzieć, że biczująca ją słowami apodyktyczna i niekochająca matka, nieodpowiedzialny ojciec, i babka fanatyczka religijna, próbująca uczynić z buntowniczej wnuczki świętą, to nie koniec świata. Jednak to nieprawda, i ta młoda zrujnowana psychicznie kobieta ma tego świadomość. I choć pragnie odrobiny szczęścia to jej nie wychodzi, ponieważ wszystkie przykre doświadczenia zostawiają na niej piętno. Do tego dochodzi jeszcze zakazana miłość, jednodniowy mąż, epizod w wariatkowie, i wiele innych dramatów, aż staje między wyborem pracy w prostytucji a pracy w kostnicy.
"W wieku dwudziestu siedmiu lat, mając za sobą kilka pogrzebów i innych kataklizmów o różnej skali, porzuciłam myśl o pracy w burdelu i na dobre zostałam dziewczyną od zmarłych."
Praca w prosektorium zamyka pierwszą część historii. Nie jest to wyraźny podział, niemniej jednak początek książki to wspomnienie nieudanego dzieciństwa i rozczarowania wieku dorastania. Te lata decydowały o życiu bohaterki, to wtedy ulepiono z niej kobietę, która zaistniałaby chłonąć emocje. Mimo że zajęcie w kostnicy nie wskazuje na dużą wrażliwość, to balsamiarka jak gąbka spija nieszczęście i jak anioł ostatniej posługi pielęgnuje ciała zmarłych. Z szacunkiem traktuje trupy, tak trupy, w książce Kawczyńskiej nie znajdziecie subtelnego słownictwa. Narratorka - smutna dziewczyna od zmarłych - nazywa rzeczy po imieniu. Jej swoboda i nazewnictwo może szokować i wywoływać mdłości. Czasami ma się wrażenie przesytu, ale ten nadmiar okropieństw atrakcyjnie ściera się z lirycznością i nostalgią. Nie zmienia to faktu, że w książce pełno jest odrażających opisów, w których krew i inne wydzieliny są stale obecne. Tak jak i zmarli w  wyniku samobójstw, okrutnych mordów i przypadków zasługujących na Nagrodę Darwina. Jednak bohaterka niezrażona okrutnym obrazem śmierci widzi tylko piękno, ale do czasu... Na razie z pasją płucze trzewia, upycha ligninę w puste ciała i zaszywa wszystkie dostępne otwory umrzyków w imię dobrze spełnionego obowiązku.

Powieść Izabeli Kawczyńskiej ukazuje tę stronę życia, w której nie ma radosnego gwaru, słońca, epickich uniesień, i śmiechu dzieci. Za to jest żałoba, gnijące ciała, nieszczęścia i depresja. Zderzamy się z tematyką, o której nie chcemy wiele wiedzieć. Co więcej ta sekretna strona odarta została z intymności i przedstawiona w sposób analityczny, ordynarny, z odrobiną czarnego humoru. Taka stylistyka często zniesmacza, ale też uzmysławia, że życie to nie słodki obrazek i że brzydota potrafi być piękna. Na mnie "Balsamiarka" zrobiła duże wrażenia, choć nie raz ściskało mnie w żołądku i miałam ochotę porzucić lekturę, ponieważ ilość nieszczęścia mnie przytłaczała. Dlatego uprzedzam, to nie jest lektura dla wrażliwych osób, ale dla ludzi, którzy radzą sobie i z koszmarnymi opisami, i dramatami, które sprawiają, że traci się wiarę w drugiego człowieka.

BALSAMIARKA

Izabela Kawczyńska
Wydawnictwo: Videograf
Rok wydania: 2015
Stron: 385
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami

Moja ocena: 7/10 - bardzo dobra
Czytaj dalej »

Siódma dusza. Andrzej Wardziak

Andrzej Wardziak

SIÓDMA DUSZA

Wydawnictwo: Videograf
Rok wydania: 2015
Stron: 240

Moja ocena: 5/10 - przeciętna 





Uwielbiam polskie powieści grozy, ale ostatnio bardzo się na nich zawodzę. Mam wrażenie, że autorzy zapominają, że istnieje coś więcej, niż schematy. Rozumiem, że w literaturze grozy wykorzystano co tylko możliwe, ale nawet z klasycznych motywów można zrobić coś ciekawego. Podziwiam też pisarzy za odwagę w podejmowaniu tematyki wielokrotnie już powielanej, dlatego że sporo ryzykują. Nie zmienia to faktu, że sama odwaga nie wystarczy, żeby napisać absorbującą powieść. Oryginalnego podejścia do tematu duchów i nawiedzeń spodziewałam się po "Siódmej duszy", ale oprócz intrygującego zakończenia nic mnie w tej powieści nie zaskoczyło. 

Wyjdźmy od tego, że fabuła książki brzmi bardzo znajomo, co już jest zniechęcające, bo teoretycznie wiemy w jakim kierunku historia podąży. W "Siódmej duszy" Maciek, pod nieobecność rodziców, zaprasza swoich przyjaciół Adama, Maję, Tymka i Nadię, do odziedziczonego po tragicznie zmarłym wujku domu. Budynek, a właściwie dworek, przypomina stare posiadłości rodowe i otoczony jest lasem. Wypisz, wymaluj sceneria z typowego horroru. Maćkowi podoba się secesyjny styl domu, ale nie lubi zostawać w nim sam, gdyż niepokoją go skrzypiące podłogi, ciemne korytarze i nienaturalna cisza w lesie. Stąd też pomysł spędzenia tygodnia ze znajomymi. Wspólne oglądanie filmów, picie, palenie i robienie Bóg wie co jeszcze, ma zablokować jego wybujałą fantazję, dotyczącą wszystkich przerażających dźwięków. Niestety podczas zwiedzania domu natrafiają na ukryty pokój, najprawdopodobniej służący do wywoływania duchów. Nadia, która posiada wyjątkowy dar, zaczyna wyczuwać niepokojące wibracje, a na Marcina spływają koszmarne wizje. Jedno jest pewne, coś z zaświatów jest w ich otoczeniu i źle im życzy. Grupa przyjaciół niezrażona tym, że jest środek nocy, decyduje się opuścić dom.

Nie dziwię, że pięć osób zaczyna wariować, widząc działania nadprzyrodzonej mocy. W końcu nie co dzień twój kolega wybija sobie szkło w oczy i słyszysz w telefonie rozpaczliwy głos konającej osoby, ostrzegającej Cię, że jesteś następny w kolejce. Takie zdarzenia niejedną osobę wytrącą z równowagi. Niemniej jednak stworzenie oczywistych charakterów psuje odbiór. Standardowo mamy kolesia, który wszystko neguje, jest też pan rozsądny, panienka "bojęsięwszystkiego" oraz ta, która mniej więcej wie co robić. Przewidywalność reakcji bohaterów (czy oni nie oglądają horrorów?!) sprawia, że beznamiętnie przyglądamy się ich działaniom. Brak jest większego napięcia, choć niektóre fragmenty mają swój urok, jak choćby "spacer" w mgle, ale co z tego, jak zawsze jesteśmy krok przed bohaterami. Niestety dialogi też nie wnoszą nic ciekawego do historii. Raz, że są sztampowe, a dwa, dlatego że wszelkie rozmowy bohaterów dotyczą stanu faktycznego, czyli tego co robią lub co zrobią. Mnie dopiero pod koniec zaciekawiła ta powieść, może dlatego, że nabrała odrobinę melancholijnego i sentymentalnego klimatu. Może do powieści grozy niekoniecznie pasuje taka atmosfera, ale jak już poznałam motywy "złego", to z większym przejęciem podeszłam do finału. Według mojej oceny autor starał się stworzyć ciekawą powieść, ale z racji nieoryginalnych koncepcji i uproszczonego wątku powstała zwykła, niczym niewyróżniająca się historia, odrobinę przypominająca opowieści z krypty.
Czytaj dalej »

Numer telefonu. Anna Kucharska.

Anna Kucharska

NUMER TELEFONU

Wydawnictwo: Videograf
Rok wydania: 2015
Stron: 240

Moja ocena: 3/10 -słaba





Jestem zła, bardzo zła, bo już dawno żadna z książek nie rozczarowała mnie tak bardzo, jak powieść Anny Kucharskiej. Moje rozczarowanie wynika z tego, że nastawiłam się na historię, która - jak sądziłam - wzruszy mnie  i sprawi, że ożyją moje wspomnienia o sobie, której od dawna już nie ma. O moja naiwności, ale od początku.   

Bohaterką jest dwudziestoośmioletnia Zuzanna, która dwa lata temu straciła najbliższą osobę - mamę. Od tamtego czasu dziewczyna tkwi w marazmie. Nic ją nie cieszy, bo i co ma cieszyć. Zuza stroni od ludzi, mało tego, zerwała kontakt z ojcem, co ją dodatkowo dręczy. Poza tym dnie spędza w niesatysfakcjonującej ją pracy a samotne wieczory na słuchaniu złowieszczo syczącego kota, zaś jej rytuałem jest codzienne dzwonienie na ciągle aktywny numer mamy. Niespodziewanie pewnego wieczoru telefon zostaje odebrany przez  nieznaną kobietę. Początkowy szok przeradza się w zaciekawienie, a następnie stały kontakt. Poznanie Teresy zmienia życie Zuzanny o 180 stopni.

Czyż nie ciekawa i poruszająca fabuła? Byłam pewna, zważywszy na oceny książki, że autorka zrobiła z niej piękną i wzruszającą historię, będącą dla wielu osób pewnego rodzaju ratunkiem, oczyszczeniem, nadzieją... Sam fakt poruszenia tak ważnego tematu jak żałoba, jest  zobowiązujący. Według mnie pisząc o wielkich emocjach nie można sobie pozwolić na bylejakość i brak psychologicznej głębi. Niestety w tej historii istotny wątek zdominowała przewidywalność i infantylizm bohaterki. Nie wnikam w to jak Zuza radzi sobie ze stratą mamy, bo jest to indywidualne odczucie i z nim się spierać nie można, ale że z każdej sprawy robi wielki problem. Na dodatek jej poglądy są charakterystyczne dla mało rozgarniętej nastolatki, a nie dojrzałej kobiety. 

Dobrze zapowiadająca się historia, bo początek napawa optymizmem, ponadto językowo nie jest źle, w pewnym momencie robi się tak absurdalna i nużąca, że miałam problem z jej dokończeniem. Swoje też zrobiły roztrząsane przez Zuzę problemy duszy, a także miłosne dylematy, które przekroczyły granice mojej wytrzymałości, zwłaszcza że bohaterka ignorowała uczucia ludzi, których los boleśnie doświadczył, bo jej za mało było samobiczowania i rozpaczy. Wiem, że i tak bywa, ale w tej historii  emocje Zuzy (w opozycji do niej jest grupa osób zdrowo myślących)  przejaskrawiono i doprowadzono do niedorzeczności, tworząc melodramatyczną i miałką opowiastkę. Nic nie poradzę, że w postawie bohaterki widziałam tylko egoizm i brak życiowej mądrości. Nie chcę się już nad nią pastwić ani spojlerować, przytaczając dowody jej bezsensownego zachowania, ale uwierzcie mi zdecydowanie bystrzejszą była ośmioletnia Ula.
"Ula objęła moją szyję swoimi małymi rączkami, a później spytała:
- Dlaczego jesteś smutna?
- Bo moja mamusia nie żyje... - odparłam.
- Ja też długo byłam smutna, ale przecież mam tatusia, a mamusię mam tu. - To rzekłszy, dotknęła małą rączką lewej strony swojej klatki piersiowej. (...) 
- Zuziu, ty nie możesz być smutna. Jak twoja mamusia będzie tam, gdzie moja, wszystko będzie dobrze - Wiedziałam, że mówiąc "tam", miała na myśli serce. - A ty już nie płacz, bo przecież żyjesz, no nie?"
Nie będę Wam polecać tej powieści ani też do niej zniechęcać. Nie chcę też dłużej się rozpisywać, ponieważ emocje biorą górę. W każdym razie zawiodła mnie ta książka, być może zbyt wiele od niej oczekiwałam, ale czy taki temat nie skłania do przyjęcia pewnych założeń? Szczególnie gdy jest on nam wyjątkowo bliski.
 
Czytaj dalej »

Zabij mnie, tato. Stefan Darda

Stefan Darda

ZABIJ MNIE, TATO

Wydawnictwo: Videograf
Rok wydania: 2015
Stron: 352

Moja ocena: 6/10 - dobra





 Zdzisław jest emerytowanym policjantem, który - zmęczony pracą i miastem - przenosi się do niewielkiego miasteczka, licząc na spokój i anonimowość. Jednak już w pierwszych dniach poznaje Kamila, sympatycznego właściciela pizzerii, z którym szybko się zaprzyjaźnia. O tego czasu Zdzisław bierze czynny udział w życiu rodzinnym nowego przyjaciela, czerpiąc radość z przebywania w serdecznym gronie ludzi. Niestety nic co dobre nie trwa wiecznie. Dwie młodsze córki Kamila zostają porwane. 

Dramatyczne zdarzenie porusza całą społeczność, tym bardziej że do tej pory miasteczko uchodziło za wyjątkowe spokojne i bezpieczne. Koszmarne przeżycia sprawiają, że rodzina Kamila emocjonalnie się rozpada. Pogrążeni w rozpaczy rodzice nie tylko muszą radzić sobie z własnym bólem, ale też muszą tchnąć nadzieję i wiarę w najstarszą córkę, która tego feralnego dnia miała odprowadzić młodsze rodzeństwo do domu. Czas mija, ale mimo starań policji sprawa nie posuwa się do przodu. Zdesperowany Zdzisław wykorzystuje swoje znajomości i dowiaduje się, że w wyniku niedoskonałego systemu polityczno-prawnego został wypuszczony na wolność psychopata, który najprawdopodobniej upodobał sobie ich okolicę.

Stefan Darda genialnie ukazał emocje bohaterów, ponieważ nadał im cechy, które sprawiają, że ich ból jest naszym bólem. Poza tym nie wiem, czy jest ktoś, kogo nie porusza krzywda dziecka. Nie trzeba wielkiej empatii, żeby wczuć się w rolę rodzica, który zmaga się z koszmarem straty ukochanego dziecka, bezradnością, poczuciem winy, a także niesprawiedliwością systemu prawnego. Ta sugestywność zdarzeń i odczuć jest ogromna. Zwłaszcza że autor poruszył ważne i emocjonujące problemy społeczne dotyczące "ustawy o bestiach" i o systemie alarmowym Child Alert. Dolał też oliwy do ognia, podkreślając hipokryzję polityków, przekładających dobro własnych interesów ponad dobro społeczne. Nie zabrakło też napiętnowania osób, które "karmią się" dramatami, wykorzystując nieszczęście innych do uatrakcyjnienia sobie dnia. Rys nastrojów społecznych zdecydowanie udał się autorowi. Bez wątpienia obyczajowe tło jest w tej historii bardzo znaczące, mam wrażenie, że jest istotniejsze od kryminalnej intrygi, której... też nic nie brakuje. 

Tok wydarzeń jest sensowny i konsekwentny, ale w moim odczuciu opowieści brakuje równowagi. Wstęp jest bardzo długi, momentami nużący, ponieważ na tym etapie poznajemy mentalność miasteczka, a także widzimy genezę przyjaźni Zygmunta z Kamilem, której zaczątkiem były szczere wyznania dotyczące kolei losu. Oczywiście rozumiem taki porządek, jednak typowe - dla byłego policjanta i przeciętnego Kowalskiego - zwierzenia nie podnoszą temperatury czytania. Po tym niezajmującym wprowadzeniu następuje nawał nieszczęść, który bardzo mocno na czytelnika oddziałuje. Nagromadzenie wzruszeń jest potężne, żałuję, że początek historii nie przygotowuje do szoku, który nas spotyka. Wyczuwa się dysharmonię i nie powiem, żeby było to komfortowe. Lekko rozczarowało mnie też zakończenie, dlatego że lubię szarości, niedopowiedzenia, a w tym przypadku było zbyt jednoznaczne. 

Lubię książki i opowiadania Stefana Dardy. Kilka lat temu wkręciłam się w jego twórczość, ponieważ wybitnie spodobał mi się klimatyczny styl pisania, jednak niepokoi mnie to, że autor tkwi w charakterystycznych dla siebie schematach. Z jednej strony nie jest to wadą, bo bywa to dobre, ale ciągle ten sam typ bohatera, z pogmatwaną przeszłością, uciekającego z miasta do niewielkiej mieściny, w której dzieją się rzeczy niestworzone (w tej historii brak jest paranormalnych zdarzeń) zaczyna być drażniący. Od książek Dardy wymagam więcej, ale podsumowując, "Zabij mnie, tato" to dobra powieść, może odrobinę kulejąca, ale to emocjonalny rollercoaster, doskonały temat do podjęcia polemiki na ważne społeczne tematy. 

Pod tym linkiem KLIK znajdziecie moje opinie na temat zbioru opowiadań i innych książek Stefana Dardy, w tym cyklu Czarny Wygon.

Czytaj dalej »

Wyklęci. Olga Haber

Olga Haber

WYKLĘCI

Wydawnictwo: Videograf
Rok wydania: 2015
Stron: 272
Okładka: Miękka ze skrzydełkami

Moja ocena: 6/10 - dobra 





Lekko ponad pół roku temu, przeczytałam debiutancką powieść Olgi Haber "Oni". Historia sprawiła, że miałam mieszane uczucia, gdyż jej początek zrobił na mnie spore wrażenie, ale cała reszta już nie bardzo. Mimo to coś zaiskrzyło, dlatego biorąc się za "Wyklętych" liczyłam na dużo mocniejsze wrażenia. Muszę przyznać, że trochę się przeliczyłam, bo opowieść choć nieco lepsza od poprzedniczki, to jednak mimo dużej ilości zbrodni, zalicza się raczej do soft powieści grozy (o ile takie określenie istnieje), nad czym ubolewam, ponieważ pomysł na demoniczną historię jest przedni.

Zanim przejdę do konkretów mała dygresja, brawa dla Pracowni WV za doskonały projekt okładki, również do powieści "Oni". Jestem pod wrażeniem. Przejdźmy do konkretów. Jak wspomniałam autorka miała świetny pomysł. Co więcej wprowadziła do historii wiele oryginalnych rozwiązań, interesująco łącząc wierzenia ludowe i czarną magię z czasami współczesnymi. Nietypowe wiązania pewnych motywów są powiewem świeżości i sprawiają, że z zaciekawieniem śledzi się paranormalny wątek. Jednak  mam wrażenie, że niektóre elementy tej historii wymknęły się spod kontroli. Jak choćby ilość trupów (kto by pomyślał, że kiedyś będę na to narzekać). Powiedzieć, że w tej książce trup ściele się gęsto to zdecydowanie niewystarczająco. 


Z licznymi mordami nie radzi sobie również policja, która jest w kropce, gdyż za żadne skarby świata nie jest w stanie namierzyć zabójcy młodej skrzypaczki, której ktoś bestialsko poderżną gardło. Po miesiącach pracy nadal nic. Jest to o tyle niepokojące, że dochodzą nowe sprawy. Ofiar przybywa. Krew leje się strumieniami. Prowadzący śledztwo młodzi policjanci Justyna Sowa i Jurek Misiak próbują powiązać zabójstwa, jednak brak wspólnego mianownika, uniemożliwia ustalenie zależności pomiędzy zbrodniami. Nie ma się co dziwić, morderstwo samotnej matki, samobójstwo ekspedientki, czy zasztyletowanie biznesmena, bardzo trudno zaliczyć do jednej kategorii, a to nie jedyne tajemnicze zgony. Można tylko stwierdzić, że świat oszalał. A może jednak stara kloszardka ma rację twierdząc, że:
W mieście jest wiedźma(...) Krew spłynie ulicami, zachlapie ściany i podłogi, będzie się sączyć z ran, będzie buchać. Morze krwi, całe morze... [str.70]
Nieprawdopodobne, ale być może to jest jedyne wytłumaczenie, może tylko tak da się wyjaśnić koszmarne sny, porwania dzieci, okrutne mordy, bezczeszczenie zwłok, a nawet kanibalizm. Tylko jak przyjąć to do wiadomości, gdy jest się realistą, świetnie wyszkolonym gliną, który paranormalne zjawiska uważa za głupie bajania.


Para narwanych policjantów wplącze się w niemałą kabałę. Ich śledztwo będzie maksymalnie zamotane, ale to nie dziwi, ponieważ ich metody śledcze wołają o pomstę do nieba. Nie chcę się czepiać, wszak to powieść grozy, a nie kryminał, ale wątek dotyczący wykrycia sprawcy praktycznie nie istnieje. Owszem, śledczy przesłuchują podejrzanych, ale na zasadzie "zadamy dwa pytania i jakby co to się odezwiemy". Do oględzin miejsca zbrodni też nie bardzo się przykładają; popatrzą, porzygają, rzucą kilka żartów i na tym koniec. Mam wrażenie, że bardziej zajmują ich sprawy prywatne typu kto z kim się przespał, niż wytropienie zabójcy, bo gdyby nie pewien przypadek to dreptaliby w miejscu. Kolejnym minusem jest ilość morderstw. Nie tylko mamy do czynienia z aktami demonicznej mocy, ale też sporo jest wtrąceń o innych zabójstwach. Fakt, bohaterami są policjanci, więc nieuniknione jest uczestniczenie w ich pracy, jednak natłok umarlaków w pewnym momencie sprawił, że pogubiłam się kto? kogo? i dlaczego? Zwłaszcza że co zbrodnia, to większa wymyślność. Również nie przypadł mi do gustu wątek poboczny, dotyczący kanibalizmu, ponieważ niewiele wnosił do głównej sprawy, tak naprawdę nic nie wnosił, może chodziło o wodzenie policji za nos, a może o pokazanie demoralizacji społeczeństwa, łatwości z jaką łamie się tabu... nie wiem....

Czytając moje utyskiwania na pewne elementy, możecie się zastanawiać, dlaczego dałam powieści dobrą ocenę. Ano dlatego że mimo niedociągnięć świetnie mi się ją czytało. Podobał mi się klimat, może niezbyt upiorny, ale tajemniczy i mroczny. Czarowały mnie ciemne zaułki i stare klimatyczne budowle, które uatrakcyjniały powieść. Sporo jest też obrzydlistw i dosadnego języka, za co lubię autorkę, bo wykłada kawę na ławę. Moją sympatię zdobyła też Justyna, która w pewnym momencie musiała liczyć tylko na siebie i przekonywać bliskich, że białe nie jest czarne. Jej trudna sytuacja sprawiła, że młoda policjantka stała się realną postacią, a nie literackim wytworem, dzięki czemu dużo łatwiej przychodziło mi trzymanie za nią kciuków. Jednak najbardziej polubiłam czarny charakter, który jest czarniejszy niż smoła w piekle, z której prawdopodobnie się wynurzył. Pradawna demoniczna moc jest sprytna, inteligentna, a nawet - chyba - seksowna, ale w głównej mierze jest bezwzględna, okrutna, i aby zabić nie potrzebuje konkretnego powodu. Prawdziwe zło wcielone. Poza tym akcje w jej wykonaniu to prawdziwe krwiste widowiska, które czyta się z niemałą przyjemnością, oczywiście docenią to tylko fani makabry. Podsumowując "Wyklęci" to powieść daleka od ideału, ale jest świetną rozrywką, która dostarcza dreszczu niepokoju i sieje zamęt w głowie.  Zdecydowanie warto poświęcić jej czas, o ile powieść grozy znajduje się w waszym kręgu zainteresowań. Mnie się podobało, i na pewno przeczytam następną książkę Olgi Haber. Może wreszcie przerazi mnie na śmierć. 

A'propos obecnych atakujących nas wysokich temperatur - umieram! Moje odczucia świetnie oddają słowa jednego z bohaterów "Wyklętych" niejakiego Filipa Karskiego "Przeklęte lato! Nic tylko te niemal afrykańskie upały albo gwałtowne burze" [str.138] Filip, nie lubię Cię, ale w tym się z tobą zgadzam. Mam dość lata i jak nigdy chcę jesieni, a może do szczęścia wystarczyłby mi klimatyzator?.... A Wy jak się trzymacie?



Czytaj dalej »

Opowiem ci mroczną historię. Stefan Darda

Stefan Darda

OPOWIEM CI MROCZNĄ HISTORIĘ

Wydawnictwo: Videograf
Rok wydania: 2014
Stron: 325
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami


Moja ocena: 6/10 - dobra




Stefana Dardę zapewne kojarzy większość czytelników, a już na pewno miłośnicy mrocznych klimatów. Ponieważ Darda jest najpopularniejszym polskim autorem powieści i opowiadań grozy. Znamy go m.in. z „Domu na Wyrębach”, serii Czarny Wygon i krótkich form z antologii „Horyzonty wyobraźni”, „”13 ran” oraz „15 blizn”. Twórczość Dardy bardzo lubię, wybitnie podoba mi się nastrój jego historii, sugestywne opisy i zazwyczaj zaskakujące zakończenia. Dlatego z niemałą ekscytacją wzięłam się za czytanie jego najnowszego zbioru opowiadań „Opowiem ci mroczną historię”.


W antologii znajduje się dziewięć opowiadań, które powstały na przestrzeni kliku lat i w pewnym sensie zamykają pierwszy etap twórczości Dardy. Z założenia są to opowiadania grozy, ale tej grozy jest w nich nie za wiele. Owszem, nastrój każdej z historii przyjemnie zadrażnia, niepokoi, ale nie na tyle, żeby fani dreszczu emocji mogli być nią nasyceni. Mnie w każdym razie brakowało mocnych wrażeń, chociaż nie powiem, fabularnie teksty są dobrze i ciekawie skonstruowane, a poza tym autor w swoich pracach zawsze świetnie ukazuje intencje bohaterów, ich stany wewnętrzne, dzięki czemu psychologiczna strona opowiadań zachwyca, bo nie ma to jak drażnienie najczulszych strun naszej emocjonalności. Może dlatego opowiadaniem, które zawsze – bo znam je już z antologii „15 blizn” - robi na mnie wrażenie jest „Spójrz na to z drugiej strony”. W tekście tym stykamy się z zaskakującą postacią psychopaty i przerażającym dylematem matki bliźniaków zmuszonej do wybrania dziecka, które zostanie ocalone. Równie mocno podobało mi się opowiadanie „Ostatni telefon”, w którym kontrowersyjny temat, a właściwie zachowanie dziennikarza, doprowadza słuchaczkę do samobójstwa. Tak naprawdę każdy tekst jest ciekawy, każdy ma drugie dno, w każdym są domysły, niedopowiedzenia oraz jest możliwość analizy intencji bohaterów. Bardzo mi się to podoba, za to cenię autora, bo nawet jeśli, któreś z opowiadań nie spełniło moich oczekiwań jak np. tytułowe „Opowiem Ci mroczną historię”, czy choćby „Nika”. Gdzie pomysły były świetne; w pierwszym mamy do czynienia z historią sprzed lat, opowiadaną przez staruszka, która rozpoczyna się od zatrważających wydarzeń na cmentarzu, a w drugim z postacią wampira, to jednak czułam, że temat jest niewyczerpany. Może się czepiam, bo w końcu miałam do czynienia z opowiadaniem, a nie powieścią, ale czułam, że można więcej, mocniej, z większą grozą. Na szczęście do większości opowiadań nie mam zastrzeżeń, poza brakiem większej trwogi, którą niekiedy dobrze zastępowało zaciekawienie, nakręcające emocje do maksimum, tak np. było w opowiadaniu „Pierwsza z kolei” - genialny tekst, bardzo dobrze ukazujący studium szaleństwa i świetnie grający na emocjach.

Źródło
Podsumowując. „Opowiem ci mroczną historię” jest zbiorem nierównym. Znajdziecie w nim teksty o różnym natężeniu emocjonalnym, bardziej lub mniej rozwinięte. Jednakże tematyka opowiadań jest tak ciekawa, ponieważ trafimy na typowe ghost story, socjopatów, samobójców, wypadki, depresje, wampiry, że każdy znajdzie coś dla siebie. Dodatkowym atutem jest interesujące posłowie, w którym autor zdradza genezę opowiadań, jest to nie lada gratką dla fanów Dardy, sądzę, że dobrze mieć taki zbiór na swojej półce. Mnie on bardzo cieszy, mimo że oczekiwałam od niego czegoś więcej, czegoś znacznie mocniejszego, ale to jak pisze Darda, jak działa na zmysły, pobudza wyobraźnię i zmusza do analizy zachowań wystarczająco mnie usatysfakcjonowało.
Czytaj dalej »

Oni. Olga Haber

Olga Haber

ONI

Wydawnictwo: Videograf
Rok wydania: 2014
Stron: 214
Oprawa: Miękka

Moja ocena: 6/10 - dobra 



 


Bardzo lubię polskie powieści grozy. Koszmarek w rodzimych klimatach jest bardzo atrakcyjny. Poza tym z roku na rok nasi pisarze poczynają sobie coraz lepiej. Dlatego z wielkim entuzjazmem zabrałam się za debiutancką powieść Olgi Haber „Oni” i... mam mętlik w głowie. Ponieważ z wydarzeniami w sielskiej okolicy wiązałam wielkie nadzieje. Zwłaszcza że takie tło, to spore pole do popisu, i chociaż książkę dobrze mi się czytało, to jednak klika motywów mnie zawiodło.

Bohaterką jest trzydziestokilkuletnia Natalia, która znajduje się w dość trudnym momencie życia. Rozstała się wieloletnim partnerem, odeszła z pracy, i była świadkiem dramatycznego wypadku. Obecnie pomieszkuje w uroczym domku na Lisim Wzgórzu tuż na skraju lasu, notabene domu ex faceta. Co ciekawsze lokum dzieli ze znacznie młodszym kochankiem... mrau... Wydaje się, że nowa fascynacja plus piękna okolica powinny działać na Natalię kojąco. Nic z tych rzeczy. Kobieta czuje się obserwowana, ma coraz częstsze koszmary, ale gdy poznaje dziwną teorię na temat lokalnego cmentarza, zaprzecza, choć jej niepokój z każdym dniem jest większy, m.in. dlatego że mieszkańcy zaczynają się dziwnie zachowywać i coraz częściej dochodzi do przedziwnych, często groźnych zdarzeń. 

Źródło
Natalia jest zaskakującą bohaterką, którą trudno jednoznacznie zdefiniować, ale bardziej zaskakujące jest to, że miejska, wyzwolona dziewucha odnalazła się w hermetycznym, trochę zacofanym środowisku. Co prawda jej relacje z mieszkańcami nie są najlepsze, mimo to kobieta sprawnie funkcjonuje w małej społeczności, chociaż nie powiem, jej paniczny lęk jest z lekka dziwny. Oczywiście z czasem poznamy przyczynę strachu, źródło zła, które jest dość oryginalne. Przyjemnie mnie to zaskoczyło, bo najczęściej wszelkie historie, w których tłem jest idylliczne miejsce, nawiązują do mitów i wierzeń ludowych, a tutaj mamy coś zgoła innego, jest to jak najbardziej na plus. Tak samo jak początkowy klimat – bardzo niepokojący, unoszący włoski na karku. Zresztą, przynajmniej w moim przypadku, piękno nieskażonej natury, w której najprawdopodobniej ukrywa się coś złego, zawsze budzi moje podekscytowanie. Poza tym zatrważające wydarzenia w okolicy: gwałty, morderstwa, zaginięcia, zdumiewające zjawiska atmosferyczne, oraz nocna nerwowość Natalii robią swoje – uruchamiają wyobraźnię, która zaczyna pracować na najwyższych obrotach. Dodatkowo romansowy wątek i kilka erotycznych cen, które na szczęście nie są tandetne i przesadzone znacząco wpływają na atrakcyjność historii, podobnie jak rewelacyjne i niekonwencjonalne zakończenie, za które należą się autorce brawa. 

Niestety, mimo że książkę miło mi się czytało, to właśnie to „miło” mnie rozdrażniło, bo w przypadku powieści grozy taki stan jest niedopuszczalny. Co zawiodło? Atmosfera, która ze złowróżbnej i przeraźliwej zmieniła się w komiczną, nie wiem, być może zamierzoną, ale mnie rozmowy bohaterki z kotem rozłożyły na łopatki. Z tych rozmów miałam niezły ubaw, szkoda tylko, że moje rozbawienie przegnało straszliwy nastrój. Historia straciła na mocy, a wszelkie wydarzenia mające miejsce w przyszłości Natalii stały się parodią poprzednich zdarzeń. Rozchwiane zachowanie bohaterki i jej ciągłe rozmyślanie o byłym partnerze, nawet w sytuacjach intymnych z obecnym kochankiem, również mnie rozsierdziły. Nie kupuję tego, gdy trzydziestosześciolatka zachowuje się, jak nastolatka. Niby dorosła kobieta, a nie wie czego chce, ale to tylko moje subiektywne odczucie. Z pewnością znajdą się panie, które do rozchwianej emocjonalnie Natalii poczują nić sympatii. Pomijając moje narzekania, „Oni” to całkiem przyjemna lektura, może nie zaznacie wielkich wstrząsów i grozy, ale historia jest ciekawa, obfituje w liczne wydarzenia, ma miarową akcję, a do tego napisana jest sprawnym i rzeczowym językiem. Śmiało możecie potraktować ją jako rozrywkową, zajmującą powieść o zagadkowym klimacie.

Czytaj dalej »

Pan na Wisiołach. Krzyk Mandragory. Piotr Kulpa

Piotr Kulpa

PAN NA WISIOŁACH: KRZYK MANDRAGORY

Wydawnictwo:Videograf
Rok wydania: 2014
Stron: 346
Oprawa: Miękka

Moja ocena: 8/10 - rewelacyjna



Ze sporą nieufnością podchodzę do cykli, a najbardziej do tych, których pierwszy tom jest bardzo udany. Zazwyczaj obawiam się, że pisarz nie przeskoczy poprzeczki, którą sam sobie ustawił. Na szczęście „Krzyk Mandragory” Piotra Kulpy jest świetną kontynuacją „Mrocznego siedliska”. Na odbiór lektury ogromny wpływ mają bohaterowie. Ich charaktery to pełna paleta cech. Bogactwo przymiotów oraz perspektyw pozwala ujrzeć daną postać na wielu płaszczyznach. Sprawia też, że historia nabiera przeróżnych odcieni, poprzez te najmroczniejsze, aż do tych najsubtelniejszych odnajdujących się w najwrażliwszych tonach duszy.

źródło
Moją największą sympatię zdobyła rodzina Smutów, która pełna nadziei porzuciła Warszawę i przeprowadziła się do zabitej dechami wsi Wisioły w Starogórach. Zresztą trudno było ich nie polubić, ponieważ Tymek i Magda to bardzo mili i życzliwi ludzie, którzy niestety w nowej miejscowości spotykają się tylko z wrogością. Nawet ich kilkuletniemu synkowi Czarusiowi sporo się dostało. Chłopczyk jest osamotniony w tej opuszczonej przez Boga wsi, gdzie większość mieszkańców to staruszkowie, tematem rozmów są przerażające legendy, a nocami, między drzewami, gdzieś w górach, zło na skrzypcach przygrywa. Smutom nie jest lekko, ale są twardzi, nie zamierzają się poddać. Niestety wzajemne oskarżanie się i coraz większy brak zaufania powoli dezorganizują im życie. Nawet Czaruś ulega ciężkiemu nastrojowi panującemu w domu. Niespokojną aurę próbuje wyciszyć ich znajomy Bargieł, ale czy aby na pewno chodzi mu o szczęście Smutów? Tymek przeczuwa, że ktoś względem jego rodziny ma niecne zamiary, czy ma rację?

Krzyk Mandragory” jest powieścią niezwykłą. Ponieważ nie tylko zachwycają bohaterowie o wnikliwej i oryginalnej charakterystyce, ale także świetna intryga, której ścieżki prowadzą do wierzeń i legend słowiańskich, oraz zachwycający baśniowy klimat, często bardzo zmysłowy. Poza tym w tej części sporo się dzieje, co z pewnością ucieszy miłośników dynamicznych fabuł. Mamy kilka przedziwnych zgonów, parę ambitnych planów, których wykonanie będzie wymagało wielkiego sprytu, jak również – wreszcie - poznamy tajemniczą historię wsi Wisioły, która jak się okazuje ma przedziwny i straszliwy początek. Liczne poboczne wątki również podbijają atrakcyjność powieści, zwłaszcza że zmienna narracja pozwala wniknąć w psychikę bohaterów, przez co znacznie silniej odczuwa się ich problemy i dylematy. Niewątpliwie Piotr Kulpa sprawił, że z pozoru niewinna historia zaskakuje, wywołuje niepokój, często też szokuje. Nie bez znaczenia jest fakt, że nawiązanie do wierzeń pogańskich, w których rządzą gusła i upiory, jest ekscytujące. Podejrzewam, że mało kto nie lubi ponurych historii, które z dawien dawna zasłyszane skutecznie działają na wyobraźnie i nie pozwalają spokojnie zasnąć. Ten niepokojący nastrój w tej powieści jest mocno wyczuwalny, szczególnie że sceneria i ujmujący styl pisania Kulpy wyczarowują sugestywne obrazy, tak bardzo, że groza jest na wyciągnięcie ręki. Powieść kończy się znakomicie, ale... wymaga kontynuacji. Mimo że Wisioły to niezbyt przyjemne miejsce, to jednak nie można w tak kluczowym momencie zostawić Smutów. Dlatego cieszy mnie, że w przygotowaniu jest trzeci tom, na który niecierpliwie czekam. Wam również polecam zwrócenie uwagi na cykl „Pan na Wisiołach”, bo pomysł jaki i wykonanie tej historii jest niesłychane. Zachęcam do czytania!

Czytaj dalej »

Pan na Wisiołach. Mroczne siedlisko

Piotr Kulpa

PAN NA WISIOŁACH. MROCZNE SIEDLISKO.

Wydawnictwo: Videograf
Rok wydania: 2014
Stron: 360
Oprawa: Miękka

Moja ocena: 7/10 – bardzo dobra



Pan na Wisiołach. Mroczne siedlisko” to pierwsza powieść dla dorosłych Piotra Kulpy, ponieważ w swoim dorobku miał do tej pory książki dla dzieci i młodzieży. Publikował też poezję, jest liderem zespołu muzycznego Mea Culpa, a także współzałożycielem duetu Apetyt na Czereśnie oraz amatorskiego teatru Grupa Propaganda. Co tu dużo pisać, człowiek z niego wybitnie uzdolniony i kreatywny, co wyraźnie widać w jego powieści grozy, dlatego że „Mroczne siedlisko” jest wyjątkową historią, nie tylko pod względem fabularnym, ale również językowym. Poetyckość opisów i umiejętność lirycznego ujęcia wrażeń jest niesłychana.

Bohaterami historii jest rodzina Smutów, chociaż Bogiem a prawdą nie tylko Smutowie zajmują znaczące miejsce w historii. Śmiało powiedzieć, że są na równi z mieszkańcami Wisiołów. Mieszkańcami oryginalnymi i przerażającymi, ale zacznijmy do początku. Do odziedziczonej po dziadkach chałupie w Starogórach przeprowadza się rodzina Smutów czyli Tymek – tato, były biznesmen, nie pijący alkoholik. Magda - zawiedziona mama, marząca o własnym gabinecie stomatologicznym, i Czaruś – dziesięciolatek, który w wyniku traumatycznych przeżyć przestał mówić. Nowy początek jest dla nich szansą na lepsze życie, każdy z domowników liczy, że problemy odejdą i spełnią się ich marzenia. Kłopot w tym, że już od pierwszego dnia nie układa się tak jak powinno. Mieszkańcy wsi, głównie sami staruszkowi, nie pałają sympatią do „nowych”. Nie w smak im zadawane przez Tymka pytania. Poza tym dziwne odgłosy, uczucie czyjejś obecności, niesiona z wiatrem muzyka skrzypiec, to wszystko nie nastraja optymistycznie nowych lokatorów, którzy coraz bardziej są przekonani, że przeprowadzka była jedną wielką pomyłką.

Piotr Kulpa. Zdjęcie pochodzi ze strony tarnowskiegory.naszemiasto.pl

Trudno się dziwić Smutom, że nie odnajdują się w zapomnianej przez Boga wsi. Zachowanie mieszkańców znacznie odbiega od normy, poza tym nawet jeśli seniorzy prowadzą, z pozoru, zwykłe rozmowy, to z całą pewnością ich podtekst może wprawić w konsternację postronnego słuchacza, a nawet wywołać ciarki na plecach. Ponieważ w Wisiołach nic nie jest takie, jakie się wydaje, co więcej nagromadzona w nich paranormalna atmosfera nie wróży nic dobrego, ewidentnie złe moce maczają palce we wszystkich wydarzeniach mających miejsce w otoczeniu nowych lokatorów, tyle że Smutom, do tej pory korzystającym z dobrodziejstw cywilizacji, trudno jest się pogodzić z ponurą naturą mieszkańców, ich przesądami i zachowaniami dalece odbiegającymi od normalnych. 

Bez dwóch zdań Kulpie udało się stworzyć świetny metafizyczny klimat, a nawiązania do wierzeń słowiańskich, to prawdziwy majstersztyk. Co ciekawsze obecna w historii groza, mimo że jest jawna, nie jest nachalna. Za to subtelnie zadrażnia, jak nocą ledwo słyszalny chrobot albo skrzypienie huśtawki w bezwietrzny dzień. Spora w tym zasługa poetyckiego stylu autora. Wiele fragmentów zniewala pięknymi opisami, które świetnie kontrastują z ostrym rysem bohaterów, szczególnie miejscowych zadymiarzy, w których wypowiedziach roi się od dosadnych wyrażeń. W powieści Piotra Kulpy nadnaturalne zdarzenia są nierozerwalnie związane z decyzjami z przeszłości. Płynie z nich pewna lekcja, bardzo wyrazista, która przestrzega przed zbyt łatwym wkroczeniem w mrok, z którego bardzo trudno jest się wyrwać. I mimo że XXI wiek nie skłania do wiary w upiory, przekleństwa, ani gusła, to kto wie, czy nie ma na tym świecie miejsc, które skrywa cień, nie pozwalając dostać się nadziei. Jeśli ciekawi Was koloryt Wisiołów, to proponuję przeczytać „Mroczne siedlisko”, gwarantuję, że będziecie zaszokowani wyczynami wiekowych dziadków i że spodoba się Wam rodzina Smutów, w której każdy z domowników ma swoje sekrety. Lektura jest na tyle absorbująca, że z chęcią sięgniecie po kolejny tom „Krzyk Mandragory”, ja na pewno tak zrobię, ponieważ autor intrygująco zakończył historię, a nic tak dobrze nie podkręca apetytu, jak suspens na zakończenie. 

Czytaj dalej »

Czarny Wygon: Bisy II

Stefan Darda

CZARNY WYGON: BISY II

Wydawnictwo:Videograf
Rok wydania: 2014
Stron: 320
Oprawa: Miękka

Moja ocena: 6/10 - dobra



Czekałam, czekałam i się doczekałam. Po ponad dwóch latach od przeczytania pierwszego tomu serii Czarny Wygon wreszcie dane mi było poznać zakończenie historii o przeklętej wiosce na Roztoczu. Uczucia mam mieszane, bo finał, jak i konstrukcja powieści bardzo mi się podobały, ale mam niedosyt akcji w zatrzymanej w czasie wiosce, gdzie się podziała rozróba w Starzyźnie? To na nią tyle czasu czekałam, na to, że Witek Uchmann spuści taki łomot upiorom, że będę wióry i iskry leciały, a tu wszystko rozegrało się spokojnie, za spokojnie, wielka szkoda. Nie zmienia to jednak faktu, że książka jest dobra, a cały cykl – według mnie - rewelacyjny, bardzo zachęcam do jego przeczytania, dodam jeszcze, dla tych co nie wiedzą, albo nie pamiętają, że pierwsza część cyklu – „Czarny Wygon. Słoneczna Dolina”  znalazła się w pierwszej dziesiątce polskich horrorów wszech czasów, a „Czarny Wygon. Bisy” (trzeci tom) został uhonorowany Nagrodą Natilus za najlepszą powieść fantastyczną 2012 roku.



Skupmy się jednak na tym ostatnim tomie, w którym to autor zgrabnie zamyka wszystkie wątki, przez co „Bisy II” są książką logiczną i pomysłową, bo teoretycznie nie ma się do czego przyczepić, oczywiście poza tą mało widowiskową akcją w przeklętej wiosce. Nasz bohater Witold Uchmann - dziennikarz, który w poszukiwaniu materiału udał się na malownicze Roztocze, w okolice Zwierzyńca, wpakował się w nie lada kabałę. Zaczątkiem wszystkiego był brulion z opisaną tajemniczą historią wsi Starzyzna, która jak się okazuje, jest zatrzymaną w czasie osadą, gdzie pod dowództwem krwiożerczego proboszcza jest zgraja upiorów. Witek - po wielu przyprawiających o ciarki doświadczeniach - musi stawić czoła zmorom i stoczyć ostateczną walkę, ponieważ sprawy się zaogniają i demony zaczynają przenikać do realnego świata. 

Jak przystało na ostatni tom, wszystko w tej części pięknie się zazębia, nagle wszelkie domysły zaczynają przybierać odpowiednią formę, na początku niezbyt śpieszną, ale ku uciesze czytelników, wraz z rozwojem wydarzeń, Darda nie pożałował narzucających tempo zdarzeń, nie zabrakło też dramatycznych twistów i przerażających wyczynów bosa demonów czyli Czarnego, który zaczyna zdrowo motać w realnym świecie. To połączenie fikcji z faktami, z rzeczywistym tłem, jest niezwykle udane. Sprawia, że opowieść ma dużo bardziej niepokojący wydźwięk, chociaż akurat grozy jej nie brakuje, ponieważ historia sama w sobie skutecznie straszy, jako że nawiązuje do legend miejskich, a jeśli ktoś lubi te klimaty, pamięta dreszczyk niepokoju związany z opowiadaniem strasznych historii nocami na koloniach czy obozach, to będzie zachwycony serią „Czarny Wygon”. Poza tym autor umiejętnie wykorzystuje ludowe wierzenia i chrześcijańskie motywy, co również podbija atrakcyjność opowieści i sprawia, że jej oddziaływanie na czytelnika jest silniejsze, głównie dlatego że ścierają się siły dobra ze złem, a jak wiadomo tego typu walki są niezwykle zacięte, dodatkowo pozwalają ocenić czyny bohaterów po względem moralnym, a warto pamiętać, że niektórzy osobnicy z sumieniem mają nie po drodze.

W Moim odczuciu „Czarny Wygon. Bisy II” jest udaną częścią, ale niestety nie tak dobrą jak wcześniejsze tomy. Być może dlatego że postawiono w niej nacisk na uzasadnienie działań bohaterów i mimo że sporo się dzieje, postaciom nie brak wigoru, to jednak dynamika powieści nie jest na takim poziomie jakbym sobie życzyła, na szczęście Stefan Darda potrafi opowiadać i chcąc czy nie chłonie się tę historię, dlatego gorąco polecam ten cykl powieściowy, bo bezsprzecznie jest on warty uwagi.

Seria Czarny Wygon:
3. Bisy 


Czytaj dalej »

Śmierciowisko

Anna Głomb

ŚMIERCIOWISKO

Wydawnictwo: Videograf
Data: 2012
Stron: 296
Oprawa: miękka





„Śmierciowisko” jest debiutancką powieścią Anny Głomb. Fabuła przedstawia postapokaliptyczną wizję świata, w której materializują się koszmary, zaś mroczne legendy stają się rzeczywistością.

Epidemia wybuchła niespodziewanie. Ludzie zaczęli masowo umierać. Zapanowała panika, upadła cywilizacja... Jednak niektórzy cudem przeżyli. Osamotnieni i pogrążeni w bolesnych wspomnieniach próbują odnaleźć się w nowym świecie, i teraz prawie po czterdziestu latach od Epidemii,ocaleni tworząc niewielkie osady, żyją wśród bujnie rozwijającej się natury wiodąc spokojny, ustalony rytm. Niestety ich stabilizację burzą niepokojące i tajemnicze zgony, których najczęściej świadkiem jest Dorota. Dziewczyna zaczyna podejrzewać, że śmiertelne przypadki mają coś w spólnego z jej osobą, a zło najprawdopodobniej czai się wśród dzikiej przyrody.

Książka była dla mnie ogromnym zaskoczeniem, zadziwił mnie oryginalny pomysł, bo mimo że dystopijne wyobrażenia są ostatnio mocno eksploatowane, to opowieść zdumiewa efektowną, wymykającą się schematom kompozycją oraz znakomitym wykorzystaniem motywów baśni i ludowych podań. Bez zarzutu jest - uwielbiana przeze mnie - klaustrofobiczna atmosfera. Odizolowana osada, dramatyczne wydarzenia, a także niespokojne lasy wywołują przygnębiający, pełen grozy i napięcia nastrój, tym bardziej że autorka skutecznie tworzy zagadkowość historii, a intrygującymi retrospekcjami podsyca ciekawość. Zalety te sprawiają, że powieść bardzo sprawnie się czyta; czaruje i koncepcja, i plastyczny, bardzo przystępny język, ale... no właśnie, jak określić to, co mnie chwilami uwierało.

Pomimo wielu walorów historii: finezji, doskonałego klimatu oraz nieszablonowych bohaterów – Dorota to bardzo osobliwa istota, czułam że temat (szczególnie końcowa część historii) momentami został przekombinowany, a ilość nadprzyrodzonych zdarzeń i fantazji przekroczyła limit tego, co można przyswoić bez skołowacenia. Oczywiście taki projekt można uznać za nowatorski i zbijający z pantałyku, i być może niejedna osoba zostanie oczarowana fantastycznym zamotaniem, jednak w moim odczuciu obfitość niektórych treści była lekką przesadą.

Jednak odczucia odczuciami, fakty faktami. Anna Głomb napisała dobrą historię, która w genialny sposób nawiązuje do folkloru ludowego, dlatego m.in. książka zaskakuje doskonałym ukazaniem mocy ballad, obrzędów czy zabobonów. Mamy do czynienia z powrotem do korzeni, gdzie natura i pory roku wyznaczają rytm, surowość warunków kształtuje charaktery, a pragnienia w nieplanowany sposób się realizują. „Śmierciowisko” to interesująca pozycja, która wprawdzie nie do końca zaspokoiła mój apetyt, ale nie szkodzi, wierzę, że autorka kolejną swoją powieścią nasyci moje łaknienie na niebanalną, fantastyczną literaturę.

 

Czytaj dalej »

Czarny Wygon. Bisy

Stefan Darda

CZARNY WYGON. BISY

Wydawnictwo: Videograf
Data: 2012
Stron: 276






Na „Bisy”, trzecią część cyklu „Czarny Wygon” autorstwa Stefana Dardy długo przyszło nam czekać, jednak czasami warto uzbroić się w cierpliwość, gdyż jak mawiał francuski filozof Rousseau Cierpliwość jest gorzka, ale jej owoce są słodkie”, tak więc nagroda za wytrwałość jest wielka, ponieważ „Bisy” to bardzo udana kontynuacja, zachwycająca konstrukcją oraz doskonałym nastrojem, który sprawia, że lektura jest mrożącą krew w żyłach wędrówką w której nakładanie się zjawisk nadprzyrodzonych na motywy realne, daje niesamowity efekt, jest jak sen na jawie; przejrzysty, ale nieprawdopodobny.

Bisy zawierają kontynuację losów Witolda Uchmanna, warszawskiego dziennikarza zajmującego się zjawiskami paranormalnymi, który w poszukiwaniu tematu udał się na urokliwe Roztocze i niespodziewanie trafił do Starzyzny, zaklętej w czasie wioski, gdzie przerażający duch miejscowego proboszcza przewodzi hordzie upiorów. Żeby nie zdradzić zbyt wiele z zaskakującej fabuły, napiszę tylko, że w tej części zostaną wyjaśnione wcześniejsze zagadki, ale też pojawiają się nowe znaki zapytania, m.in. czy Witkowi uda się pokonać klątwę?, czy nowe znajomości, które zawrze dziennikarz będą udane? oraz co stało się z Adamem Nawrotem?, i czego chce Czarny?, nowa postać w historii, ale najprawdopodobniej najlepiej znająca zasady makabrycznej gry, co gorsze nie należąca do sympatycznych... żywych osobników.

Nie wiem jak Wy, ale ja lubię się bać, od dawien dawna z zamiłowaniem wsłuchuję się w opowieści o duchach. Atmosfera tych posępnych seansów jest wyjątkowa i niezapomniana, i może dlatego, tak bardzo podobają mi się powieści Stefana Dardy, bo mają specyficzny klimat, odczuwany za pomocą wszystkich zmysłów, wywołuje on gęsią skórkę, sprawia, że z niepokojem wsłuchujemy się w dźwięki domu, czujemy narastający lęk, ale jednocześnie nie możemy przestać czytać, bo historia jest jak niezawodny wabik na osobniki uzależnione od subtelnej grozy.

Wielkim atutem książki są również postacie, te dobrze znane i te nowe, które były powiązane z całą opowieścią, ale dopiero teraz będziemy mogli je bliżej poznać. Kreacje bohaterów są bardzo naturalne, przedstawiają zwykłych, spontanicznych ludzi, uwikłanych w nadprzyrodzone zjawiska. Te szczere charaktery sprawiają, że działania bohaterów odbieramy bardzo realnie, co więcej, nie pozostajemy obojętni na ich dolę, i mimo że niekiedy ich zachowania czy plany są zatrważające, to jednak zawsze znajdujemy wytłumaczenie dla ich postępowania.

W „Bisach” styl pisania Stefana Dardy nie uległ zmianie i chwała mu za to, bowiem nadal mamy do czynienia z przystępnym językiem, dzięki czemu powieść jest zrozumiała, bezpośrednia i bogata w plastyczne opisy natury, jak również opisy upiorów; autor dokładnie tłumaczy zjawiska i obrazowo je przedstawia. Poza tym akcja wydarzeń ma właściwe tempo, konstrukcja fabularna jest niezwykła, pojawia się ciekawy wątek znajomości Witka z jedną z bohaterek oraz tworzy się intrygujący temat, dotyczący  Czarnego, od razu też rodzi się pytanie, kim on u licha jest?, skoro upiór Dobrowolskiego przy nim to mały duszek. 

Zakończenie książki jest spektakularne i otwarte, na pewno doczekamy się kontynuacji, ponieważ mocy epilog musi mieć ciąg dalszy. Cóż można więcej napisać, powieść „Bisy” jak i cały cykl „Czarny Wygon” to niesamowicie wciągająca lektura grozy, którą docenią czytelnicy ceniący bardziej osobliwą atmosferę i tajemnicę, niż makabrę i obrzydliwość, ponieważ w tej historii postawiono na wysublimowany niepokój, metafizyczne rozważania, dylematy moralne oraz nadprzyrodzone zjawiska. 
 
 



 Poprzednie opinie:

Książkę za bardzo przystępną cenę można kupić. 
Czytaj dalej »