Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść obyczajowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść obyczajowa. Pokaż wszystkie posty

Pierwsza na liście. Magdalena Witkiewicz

Magdalena Witkiewicz

PIERWSZA NA LIŚCIE

Wydawnictwo: Filia
Rok wydania: 2015
Stron: 345
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami

Moja ocena: 7/10 - bardzo dobra






Na pewno znacie to uczucie, gdy jakiś tytuł uczepi się i nie puszcza, nawet jeśli się tego chce. Tak miałam z "Pierwszą na liście". Wszystkie te pozytywne recenzje i pochwały nakręcały mnie, i nie pozwalały spać. Wiem, przesadzam, ale naprawdę chciałam tę książkę bardzo przeczytać... i przeczytałam. Co więcej, dołączam do grona fanów powieści, bo jest to bardzo dobrze napisana historia, która otwiera oczy na wiele problemów i sprawia, że chce się stać lepszym człowiekiem.

Jedną z bohaterek jest znana dziennikarka, nowoczesna i niezależna Ina. Pewnego dnia, w deszczowy dzień, na progu jej mieszkania staje nieznajoma dziewczyna. Ina bezlitośnie traktuje intruzów naruszających jej spokój, dlatego nie dopuszcza dziewczyny do głosu i wyprasza ją, ale dziennikarska ciekawość robi swoje. Jak się okazuje Karolina to córka kogoś, kto w przeszłości bardzo ją skrzywdził, co więcej dziewczyna potrzebuje od niej pomocy. Ina boi się zaangażować, gdyż sprawa dotyczy trudnych tematów i bolesnych wspomnień, do których, jak sądziła, już nigdy nie wróci.


Powieść Magdaleny Witkiewicz nie jest historią powierzchowną, ale piękną i mądrą opowieścią o wielkiej, choć niełatwej przyjaźni, o trudnej miłości, a także o ogromnej odwadze i woli walki o to, co w życiu najważniejsze. Książka łączy w sobie kilka wątków, atrakcyjnie się łączących. Nie ma w nich idylliczności, jest za to proza życia, w której są beztroska i wielkie namiętności, ale też ból rozczarowań i choroba. To właśnie wątek choroby decydująco wpływa na fabułę, determinuje losy bohaterów, i dzięki niemu poznajemy  sposoby walki z białaczką, jak również dowiadujemy się o tym, jak zostać dawcą szpiku kostnego. Tak więc książka Magdaleny Witkiewicz to nie tylko wzruszająca historia kobiet zmagających się z demonami przeszłości i trudną codziennością, ale też edukująca opowieść, która podkreśla ważność podejmowanych decyzji, potrzebę pomocy innym, odpowiedzialność za drugą osobę, i moc uczuć, którym ani czas, ani problemy nie są w stanie zaszkodzić. Dlatego jeśli macie ochotę na inteligentną i zaskakującą powieść, w której mimo trudnego tematu, nie brak nadziei i radości, to bardzo zachęcam do przeczytania "Pierwszej na liście".
Czytaj dalej »

Po prostu bądź. Magdalena Witkiewicz

Magdalena Witkiewicz

PO PROSTU BĄDŹ

Wydawnictwo: FILIA
Rok wydania: 2015
Stron: 336
Oprawa: Miękka

Moja ocena: 7/10 - bardzo dobra 






Powieść ta często przewija się przez blogi i portale książkowe. Nie sposób jej nie zauważyć. Opinie są zachęcające, czarująca okładka wpada w oko, a i opis jest intrygujący. Dlatego tym razem zamiast kryminału (znowu) kupiłam "Po prostu bądź", zrzucam to na karb nieuchronnie zbliżającej się starości, ewentualnie nadciągającej srogiej zimy, bo nic innego nie tłumaczy mojej potrzeby na wzruszające i sentymentalne lektury, a w tej książce jest tego pod dostatkiem.

Silnych przeżyć dostarczy nam Pola, której zaszczepiono potrzebę wiedzy i możliwość zdobycia czegoś więcej niż gospodarstwo na wsi, które chcą jej przekazać rodzice w chwili zawarcia przez nią ślubu, z wybranym... przez nich kandydatem. Dlatego Pola postawiła wszystko na jedną kartę. W tajemnicy przed rodzicami dostaje się na architekturę, gdzie poznaje swoją wielką aczkolwiek zakazaną miłość. Niestety los dla nich nie jest łaskawy. W myśl przysłowia człowiek strzela, wiatr kule nosi, ich życiowe plany niszczy tragiczne zdarzenie. Nic już nie będzie takie samo... Dramatyczna sytuacja zmusza Polę do drastycznych kroków, dlatego gdy dostaje propozycję pewnego układu przystaje na nią, chociaż nie jest pewna czy podejmując taką decyzję nie popełnia życiowego błędu.   

Czy proszę o zbyt wiele?
Czy to takie niestosowne?
Byśmy ty i ja niedługo
Mogli zawrzeć tę umowę


Nie, nie proszę o zbyt wiele.
Zawsze byłem realistą
To, co tutaj proponuję
To nowa umowa, i to wszystko (...)

Ale możemy się umówić
Zawrzeć pewien pakt
I może z czasem mnie pokochasz
Kiedyś tam

(Sting "Practical Arrangment")


Nie bez przyczyny zacytowałam fragment piosenki Stinga, ponieważ to właśnie utwór "Practical Arrangment" był inspiracją do napisania "Po prostu bądź". Muszę przyznać, że pomysł był świetny, bo autorce udała się ta książka, czyta się ją jednym tchem. Co prawda opowieści z motywem aranżowanego związku nie są czymś niezwykłym, ale jeśli doda się do niego sporą dozę dramatu, a do tego bohaterów postawi się przed moralnymi dylematami, to wychodzi interesująca i trzymająca w napięciu historia. Tym bardziej, że główna bohaterka, a zarazem narratorka - Pola zdradza pewne zdarzenia z przyszłości, oczywiście są one pełne niedomówień, jednak wywołują niemałą ekscytację, ponieważ zwiastują wstrząsające wydarzenia i zapowiadają głębszy wgląd w emocje człowieka borykającego się ze stratą ukochanej osoby. Bez wątpienia wiele w tej książce wzruszeń, wrażliwsze dusze podczas czytania na pewno wyleją sporo łez. Przyczyni się też do tego charakterystyka bohaterów, którzy nie są przedstawieni jako herosi, ale zwykli ludzie, nie raz błądzący, ulegający ekscytacji, i wzburzeniu. Ciekawym zabiegiem jest też wprowadzenie podwójnej narracji, co daje precyzyjny obraz stanu emocjonalnego postaci, oraz cytowanie fragmentu piosenki przed każdym rozdziałem.

Książka Magdaleny Witkiewicz bardzo mi się podobała, jednak nie mogę napisać, że jest odkrywcza czy też wyjątkowa, ale doceniam to, że autorka z wyczuciem potraktowała temat, nie ma w nim sztuczności, nadmiernych ubarwień, za to sporo prawdziwych uczuć i przejmujących sytuacji. Dlatego jeśli lubicie historie, w których bohaterami targają silne emocje, a los z nich srodze kpi, to nie rozczarujecie się tą powieścią.

Niech tłem do książki będzie piękna piosenka Stinga, która bardzo wiele mówi o bohaterach "Po prostu bądź".

Czytaj dalej »

Najpiękniejsza na niebie. Małgorzata Warda

Małgorzata Warda

NAJPIĘKNIEJSZA NA NIEBIE

Wydawnictwo: Black Publishing
Rok wydania: 2015
Stron: 278
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami

Moja ocena: 8/10 - bardzo dobra





Małgorzata Warda jest pisarką, która doskonale czuje się w tematyce społeczno-obyczajowej. Weźmy dla przykładu tytuły: „Nikt nie widział, nikt nie słyszał...”, w książce jest mowa o zaginięciach i porwaniach dzieci. „Dziewczynka, która widziała zbyt wiele” to historia traktująca o przemocy domowej i wykorzystywaniu seksualnym, czy „Miasto z Lodu” - opowieść opisująca życie matki chorej psychicznie, która styka się z brakiem zrozumienia i odrzucenia przez środowisko. Problematyka tych książek jest poważna i bardzo istotna, dla nas, dla społeczeństwa. Poza tym każdą z historii charakteryzuje wnikliwe podejście do tematu i wielka wrażliwość. Nie inaczej jest w przypadku „Najpiękniejszej na niebie”, opowieści bardzo poruszającej, ponieważ stykamy się z porzuceniem dziecka, które będąc dorosłą osoba, nie jest w stanie poradzić sobie z bólem odrzucenia. 

Bohaterką jest Sylwia, która mając 3 lata została porzucona przez matkę. Mimo że dość szybko została adoptowana, to jednak nigdy nie pogodziła się z tym, że biologiczna matka jej nie chciała. Poza tym intuicyjnie czuje, że ma siostrę bliźniaczkę. Fakt ten jest mocno istotny, szczególnie teraz, kiedy Sylwia jest śmiertelnie chora, a bliskie pokrewieństwo mogłoby uratować jej życie, tym samym dać szansę na stworzenie prawdziwej rodziny dla jej córki Mai. Kobiecie w rozwikłaniu tajemnicy pochodzenia pomaga dziennikarka Pola. Jednak nie jest łatwo ruszyć ze sprawą, ponieważ wspomnienia Sylwii są bardzo blade, a prawo adopcyjne wyjątkowo surowe. Niestety czas ucieka...

 

Małgorzata Warda porusza bardzo trudny temat, a związane z nim zagadnienia bezlitośnie obnaża. Ukazuje niedoskonałości systemu adopcyjnego, domów dziecka, mediów, a także emocjonalne poranienie porzuconych dzieci, które ma wpływ nie tylko na ich obecne życie, ale również wypływa na ich przyszłość. Historia napisana jest z wielkim wyczuciem, sporo w niej delikatnych nut, tęsknoty za matczyną miłością i potrzebą przynależności. Pomiędzy wzruszającymi akcentami, natrafiamy na dziennikarskie śledztwo, sięgające lat 80.. Pola próbując dotrzeć do informacji o pochodzeniu Sylwii, porusza niebo i ziemię. Wykorzystuje współczesne media, i przekopuje się przez liczne wiadomości, selekcjonując ich wagę, którą nie zawsze łatwo jest określić. Warto podkreślić ten wątek, gdyż wpływ środków masowego przekazu na kreowanie rzeczywistości jest olbrzymi. Na szczęście historia nie skupia się tylko na randze mediów. Głównie analizujemy życiorys Sylwii. Każdy nowy element misternej układanki losów naszej bohaterki, budzi zaskoczenie i wzruszenie. Szczególnie że teraźniejszość przeplata się z przeszłością. Wspomnienia porzuconego dziecka; samotność, strach, a także próby odnalezienia się w nowej rodzinie są bardzo przejmujące. Podobnie jak pierwsze nastoletnie doświadczenia, pierwsza miłość. Pojawiają się też poboczne wątki, które istotnie wpływają na meritum historii, czyniąc z niej mądrą i piękną powieść o potrzebie miłości, o macierzyństwie, i tęsknocie większej niż strach przed poznaniem prawdy. 

Strona autorki: SŁOWA MAJĄ MOC 


Czytaj dalej »

Angielskie lato. Małgorzata Mroczkowska

Małgorzata Mroczkowska

ANGIELSKIE LATO

Wydawnictwo: Czwarta Strona
Rok wydania: 2015
Stron: 357
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami

Moja ocena: 7/10 - bardzo dobra





Anna mieszka w Londynie i wiedzie spokojne, ustabilizowane życie u boku męża Anglika. Niespodziewanie dzwoni do niej dawna przyjaciółka z Polski, z prośbą o pomoc w zorganizowaniu wakacyjnej pracy dla jej dwudziestoletniego syna Wojtka oraz jego dziewczyny Marty. Akurat dobrze się składa, ponieważ mąż Anny – Walter odziedziczył stary, wymagający remontu, dom położony w maleńkiej nadmorskiej miejscowości, więc młodzi będą mieli na lato zajęcie jak znalazł. Niestety Walter nie chce mieć nic wspólnego z domem, dlatego obowiązek przypilnowania młodzieży spada na Annę. Nie do końca jest tym uszczęśliwiona, jednak przepiękna okolica, zatoka, oraz towarzystwo młodych ludzi, sprawia, że zaczyna czerpać radość z przebywania w tak czarującym otoczeniu. Trójce ludzi jest jak w raju, niestety nic nie trwa wiecznie, sprawy zaczynają się komplikować, i przybierają dramatyczny obrót. 

Angielskie lato” Małgorzaty Mroczkowskiej - od kilkunastu lat mieszkającej w Londynie – jest lekturą poruszającą. Mimo że interesujące tło, świetnie ukazane w pięknych opisach, skłania do spokoju, choćby dlatego że czaruje kamiennymi klifami, błękitem morza, gorącym piaskiem, i spotkaniami w ogrodzie pełnym kwiatów, to jednak wszystko zwiastuje katastrofę, zresztą wymowny prolog jasno wskazuje na kierunek historii. Można powiedzieć, że główny wątek „gryzie się” z sielskim środowiskiem, które momentami wydaje się odrealnione, bo wszystko w nim jest dobre i zniewalające, ale... na takim tle, genialnie uwidaczniają się wszelkie tęsknoty, pragnienia, jak również problemy. Takie rajskie miejsce sprawia, że łatwo się zagalopować, gdyż wszystko intensywniej pachnie i wygląda, w takim miejscu łatwo o zatracenie się w zmysłach, zwłaszcza że lato nasączone gorącym aromatem ziemi, morskiej bryzy, i beztroski, nie sprzyja zdrowemu rozsądkowi. Smak wielu emocji poznają bohaterowie, którzy w ciągu dwóch miesięcy wakacji ulegną metamorfozie. Zagubią się w swoich uczuciach, zapragną znacznie więcej niż mają. Pójdą drogą, z której trudno będzie zawrócić.


Powieść dotycząca dylematów życiowych bardzo przypadła mi do gustu. Zachwycił mnie melancholijny i zmysłowy nastrój, zapach róż i morskiego powietrza. Muszę przyznać, że autorce świetnie udało się stworzyć klimat nadmorskiego miasteczka. Wszystkie opisy przyrody są tak sugestywne, że czuje się esencję lata, jest to niesamowicie przyjemne uczucie. Polubiłam też bohaterów, których wybory były kontrowersyjne i nie zawsze etyczne. Cóż, piękni czterdziestoletni i dwudziestoletni doświadczą nowych wrażeń: dotkną, posmakują, spojrzą na życie z innej perspektywy. Owszem, można zarzucić historii, że jest schematyczna i teoretycznie łatwa do przewidzenia. Wybuch feromonów letnią porą, w hermetycznym środowisku, zazwyczaj nie wróży nic dobrego. Jednak, czy nasze codzienne życie, jest tak zaskakujące... 

Autorka ukazała rozterki duszy. Odkryła intymny świat bohaterów, pokazała do czego mogą doprowadzić głęboko skrywane pragnienia oraz skutki podejmowanych decyzji. Porażki i doświadczenia trójki ludzi otuliła kontrastującym, ciepłym tłem. Co dało zaskakująco dobry efekt. Ponieważ błękit nieba i morza podbija powikłania życiowe. Poza tym Małgorzata Mroczkowska posługuje się lekkim piórem, tworzy ujmujące obrazy natury, i trafnie nazywa emocje. Dzięki temu powieść nie tylko zachwyca barwnym tłem, ale też wzrusza. Gorąco polecam ten tytuł, bo jest to bardzo dobra pozycja, która wzbudza emocje i nie daje o sobie łatwo zapomnieć.
Czytaj dalej »

Płaczący chłopiec. Agnieszka Bednarska

Agnieszka Bednarska 

PŁACZĄCY CHŁOPIEC 

Wydawnictwo: Black Publishing
Rok wydania: 2015
Stron: 310
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami

Moja ocena: 8/10 - rewelacyjna




Wierzycie w klątwy? lub w złą energię? Jakakolwiek jest Wasza odpowiedź, to polecam przeczytać powieść Agnieszki Bednarskiej „Płaczący chłopiec”, a obiecuję, że zaczniecie zastanawiać się nad tym ile jest prawdy w istnieniu nadprzyrodzonych zjawisk. Autorka fabułę swojej powieści oprała na legendzie dotyczącej obrazu należącego do serii Crying Boy hiszpańskiego malarza Bruno Amadio znanego jako Bragolin. O obrazie zrobiło się głośno w latach 80. ubiegłego wieku, kiedy to w Wielkiej Brytanii nastąpiła seria niewyjaśnionych pożarów. W każdym ze spalonych miejsc znaleziono reprodukcję „Płaczącego chłopca”. Jednak nie tylko to było przyczyną powstania przyprawiającej o ciarki historii. Złożyło się na nią wiele innych faktów, o których można dowiedzieć się z licznych źródeł np. tuta

Płaczący chłopiec Źródło
Spora część podania o klątwie ciążącej na obrazie przedstawiającym płaczącego chłopca znajduje się właśnie w powieści Agnieszki Bednarskiej. Na dodatek została ona fenomenalnie wkomponowana w intrygującą i klimatyczną historię trójki przyjaciół; Libby, Carla, i Danielle. Ci młodzi ludzie zostaną wplątani w przedziwne zdarzenia, które bardzo dużo namieszają w ich życiu. Doprowadzą do dramatów, obudzą demony przeszłości, i staną się machiną napędzającą liczne zmiany. A wszystko za sprawą tajemniczego obrazu, który miał być prezentem ślubnym Libby i Carla. O ile Carl przekonany jest o złej mocy obrazu, o tyle jego była dziewczyna, a obecnie przyjaciółka, Danielle – osoba twardo stąpająca po ziemi, postanowi poznać historię uwiecznionego na płótnie Dominika. Poznanie tajemnicy chłopca nie będzie łatwe, ponieważ  Danielle spotka się z licznymi oporami ze strony świadków tragedii, w głównej mierze spowodowanymi strachem przed owianym złą sławą obrazem.

Muszę przyznać, że historia jest fenomenalna. Agnieszka Bednarska pisze pięknym, momentami lirycznym stylem. Poza tym potrafi wniknąć w psychikę bohaterów i prawdziwie ukazać ich rozterki, czyniąc z powieści wzruszającą i urzekającą opowieść. Ważne jest też to, że wszystkie występujące w książce postacie, posiadają niejednoznacznie cechy, przez co trudno jest ocenić ich intencje, a tym samym nie sposób przewidzieć ich zachowań. Stąd też wiele zaskoczeń i niespodziewanych zwrotów akcji. Nie bez znaczenia są też skomplikowane losy bohaterów. Zawiłości w ich życiu dodają dramaturgii historii, sprawiają, że ławo zaangażować się w wydarzenia, przez co opowieść o płaczącym chłopcu staje się niezwykle emocjonalna. Szczególnie że podstawą historii są uczucia, których ani przeciwności losu, ani czas nie są w stanie zniszczyć. Na dodatek fabuła zawiera w sobie magiczny, wręcz metafizyczny wątek, który drażni zmysły i budzi niepokój, co jest niezwykłym doznaniem.

  
Nie znałam wcześniejszych prac autorki, więc nie wiedziałam czego się spodziewać i mówiąc szczerze z lekkim niepokojem przystąpiłam do lektury, ale już pierwsze strony mnie zachwyciły. Wierzę, że tak samo będzie z Wami. Ponieważ historii tak budzącej emocje, tak tajemniczej, i poruszającej, na dodatek malowniczo i pasjonująco opisanej, nie zdarza się często czytać, dlatego bardzo proszę, nie przegapcie okazji poznać „Płaczącego chłopca”, w którym kryje się tęsknota, pragnienie, i miłość, wielka miłość.

Inne książki autorki: "Emigracja uczuć", "Wszystko przed nami".
Czytaj dalej »

Miasto z lodu

Małgorzata Warda

MIASTO Z LODU

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2014
Stron: 368
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami

Moja ocena: 7/10 - bardzo dobra







Ocenianie innych przychodzi nam bardzo łatwo. Zazwyczaj widzimy wszystko w czaro-białym kolorze. I nawet jeśli należymy do empatycznych osób, i chcemy się wykazać zrozumieniem, to zmanipulowani wiadomościami, potrafimy być ostrzy i jednoznaczni w swojej krytyce, nie zauważając tego, co może być poza kadrem. Pisząc „my” generalizuję, ale bądźmy szczerzy, większość osób ma tendencję do osądzania i wskazywania winnych. Takie zachowanie w bardzo interesujący sposób pokazała Małgorzata Warda w książce „Miasto z lodu”. W powieści natrafiamy na historię, która wzbudza emocje i pokazuje niedoskonałość społeczeństwa, oraz prowadzi do ciekawych konkluzji. 

Wszystko zaczyna się od Teresy, niezwykle pięknej i delikatnej kobiety, która zmaga się z chorobą afektywną dwubiegunową, charakteryzującą się stanami depresji lub nadmiernej ekscytacji. Zmienne nastroje utrudniają jej normalne funkcjonowanie. Jednak Teresa pragnie być ze swoją córką, trzynastoletnią Agatą, którą do tej pory wychowywała babcia. Dlatego decyduje się na desperacki krok. Wyjeżdża z córką z rodzinnego miasta i zatrzymuje się w górskiej miejscowości, licząc na nowe, lepsze życie. Niestety dla mieszkańców urocza, działająca na mężczyzn jak magnes, Teresa staje się persona non grata. Jej córka również nie jest łatwo. Plotki i brak życzliwości nie pozwalają im się zaaklimatyzować. Pewnego dnia dochodzi do tragedii. Agata znika. Po dwóch dniach zostaje odnaleziona w górach. Jej stan jest krytyczny. Dziewczyna jest w śpiączce. Poruszeni mieszkańcy są w szoku, zwłaszcza że nie wiadomo co się stało na górskim szlaku. Czy Agatę ktoś zepchnął? czy może chciała popełnić samobójstwo? Zaczyna się żmudne śledztwo, które odkryje bolesną prawdę.


Przykro czytać o niedoskonałości ludzi. O wrogich nastawieniach, o braku odpowiedzialności i zrozumienia, o zaściankowych poglądach, które często przechodzą na inne pokolenia. Z drugiej strony nie mając pełnego wglądu w życie innych, trudno o obiektywizm i o zachowanie otwartego umysłu. Trudno też żywić sympatię do kogoś, kto robi wszystko, niekoniecznie świadomie, żeby tylko nie udało się go polubić. Tak pełną kontrastów historię stworzyła Małgorzata Warda. Pokazała przeróżne zachowania, często umotywowane konkretnymi doświadczeniami, niekoniecznie powszechnie akceptowalnymi. Wykreowała dyskusyjne charaktery i wniknęła w ich psychikę. Dzięki czemu widzimy niezwykłą relację matki z córką, podyktowaną wieloma przeciwstawnymi uczuciami, w których jednak miłość jest dominująca.

W tej historii jest wiele namiętności: miłość, nienawiść, zazdrość, zawiść, lęk... Podobne emocje towarzyszą też podczas czytania, co często utrudnia ocenę bohaterów, ale o to chodzi. Mamy do czynienia z wieloma perspektywami, które wpływają na nas podobnie, jak na mieszkańców zamkniętej górskiej społeczności. Co prawda wiemy więcej, bo narratorka – Agata, dopuszcza nas do tajemniczego życia matki. Stąd też widzimy ją w różnych przedziałach czasowych, zaczynając od jej dzieciństwa. Nie zmienia to jednak faktu, że kontrowersyjny styl życia Teresy nie ułatwia oceny sytuacji. Muszę przyznać, że Warda to mistrzyni manipulowania emocjami. Autorka pięknie pisze o uczuciach i ciekawie kreśli skomplikowane zależności. Poza tym historia jest dynamiczna, a ślady prowadzące do odkrycia prawdy są zawiłe i tajemnicze. Dlatego śmiało mogę napisać, że „Miasto z lodu” to bardzo dobra powieść, będąca idealnym wyjściem do gorącej dyskusji, którą ułatwić mogą znajdujące się na końcu książki pytania, dotyczące choroby psychicznej, małomiasteczkowej mentalność, działania mediów, oraz trudów dorastania.


Czytaj dalej »

Tylko przy mnie bądź. Joanna Sykat


Joanna Sykat

TYLKO PRZY MNIE BĄDŹ

Wydawnictwo: Replika
Rok wydania: 2014
Stron: 244
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami

Moja ocena: 7/10 - bardzo dobra






Zapewne większość z Was ma książkowe pewniaki czyli powieści, po które sięgacie bez wahania, wiedząc, że dostaniecie kawał porządnej prozy, bo autor prezentuje wysoki poziom. Na mojej liście jest kilku zaufanych pisarzy, m.in. Joanna Sykat. Jej poprzednie książki  „Wszystko dla ciebie” i „Jesteś tylko mój” pozytywnie mnie zaskoczyły. Stąd też z wielką ciekawością zabrałam się za czytanie „Tylko przy mnie bądź”, i po raz kolejny zostałam zadziwiona nie tylko ujmującym stylem, ale też kwintesencją tej historii. 

Fascynujące jest to, że niektórzy pisarze potrafią najprostsze historie, ośmielę się nawet powiedzieć trywialne historie, przekazać w sposób piękny i mądry. I gdy zazwyczaj drażnią nas pewne klasyczne treści dotyczące mądrości życiowych, o tyle w ich stylu jest jakaś magia, a właściwie prawda, która pozwala w pełni wchłonąć te treści i na dodatek wzruszyć się nad poruszonym tematem. Tak jest z książką „Tylko przy mnie bądź”. Książką, która sprawiła, że podczas czytania, a nawet jakiś czas później, było mi przykro, że żyjemy w podłych czasach, niesprzyjających nawiązywaniu bliskich więzi i dbaniu o te, które już mamy. Że niekiedy musimy rezygnować z domu, rodziny, przyjaciół, na rzecz kasy, która może nie tyle pozwoli na luksusowe życie, co na godne życie. Tyle że decydując się na niektóre oferty pracy, gubimy to, na czym powinno zależeć nam najbardziej. 

„Praca i liczenie zer na koncie powoli zaczęły wygrywać, najpierw z zainteresowaniami, ze znajomymi, a potem z rodziną. Dla dobra pracowników wprowadzono pigułki pozwalające na większą zawodową wydajność i zanik jakichkolwiek wyrzutów sumienia: Towarzyskich, seksualnych czy emocjonalnych” [str.109]


Tak jest z bohaterami książki. Marta przyjęła propozycję pracy w Dome, zamkniętej strefie pod kopułą, w której natura nie ma dostępu. Przyjęła ofertę, bo poza strefą jest ktoś, o kogo musi zadbać. Jednak syntetyczny świat, w którym pracuje, pozbawiony pór roku, dający chemiczne jedzenie i kontrolujący życie do tego stopnia, że tabletkami zabija uczucia, unieszczęśliwia ją. Ponieważ Marta pragnie prawdziwego domu, zapachu lasu, dotyku trawy... Kiedy w Dome spotyka Wiktora, mężczyznę, z którym kiedyś łączyła ją więź, postanawia wcielić w życie pewien ryzykowny plan. Nie jest to łatwe, bo Wiktor wyprany z emocji, nie pamięta przeszłości i nie chce podjąć próby obudzenia w sobie dawnych uczuć. 

„Musiałam wychodzić (z Dome), żeby nie udusić się w tym betonie, w którym rosną tylko światłowody. Brakowało mi nieba, które co dzień potrafi mieć inny kolor, nieprzeklimatyzowanego powietrza, zapachów i pór roku. Ale jednocześnie chciałam mieć dobrą pracę i pieniądze, zapewnić nam... to znaczy sobie godziwą teraźniejszość i przyszłość.” [str. 125]


Fabuła książki brzmi futurystycznie. Zamknięta, zaczipowana, sterylna strefa, osamotnienie, i mechaniczne wykonywanie zadań, brzmią strasznie obco. To przedziwna i przerażająca wizja przyszłości, ale czy na pewno?... Czy nie jest tak, że żyjemy w takich czasach. Że wielu z nas jest jak Marta, która walczy z systemem. Chce mieć czas dla swojej rodziny, chce celebrować picie kawy w swoim ogrodzie, chce wygrzewać się w łóżku w pierwszych promieniach wschodzącego słońca, chce czuć i żyć, ale nie może. Bo za coś trzeba płacić rachunki, i nawet jeśli ma się dość swojego kieratu w pracy, to obowiązek jest najważniejszy. Lub jest się jak Wiktor, który otumaniony materialnym światem zapomniał, że istnieją wyższe wartości, że praca nie utuli i nie powie „kocham Cię”. Dlatego mam wrażenie, że ten książkowy świat nie jest fikcją, to nasze czasy. Tyle że autorka przez analogię pewnych zdarzeń pokazuje smutną prawdę o współczesnym społeczeństwie. A robi to w sposób piękny; Bawi się słowem, tworzy zaskakujące konstrukcje, czaruje poetyckością i trafnością w ocenie uczuć bohaterów. Potrafi tak sensualnie opisać świat wewnętrzny bohaterów, że ich rozterki są bardzo mocno odczuwalne. Potęguje to również zmienna narracja. Dwa punkt widzenia Marty i Wiktora pokazują różnicę w postrzeganiu świata, ale też drogę to odkrycia sensu życiu, i darów natury. Przyznam szczerze, że jak czytałam o cudzie pewnych rytuałów, mocy zapachów, czy kolorów, to czasami brało mnie przerażenie, że w tym uciekającym czasie, nastawionym na jak największą efektywność, nie zawsze zwracamy uwagę na drobiazgi dające szczęście. To takie przykre. Dlatego w ten majowy piękny czas polecam zrobić sobie aromatyczną kawę, utulić się gdzieś na tarasie, czy huśtawce w ogrodzie, z książką Joanny Sykat i poddać się lekturze - melancholijnej, szczerej, i zmysłowej, która pokazuje m.in. skutki zatracenia się w betonowym świecie.

Czytaj dalej »

Gdy zakwitną poziomki. Agnieszka Walczak-Chojecka

Agnieszka Walczak-Chojecka

GDY ZAKWITNĄ POZIOMKI

Wydawnictwo: Filia
Rok wydania: 2014
Stron: 400
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami

Moja ocena: 7/10 – bardzo dobra





Powieść Agnieszki Walczak-Chojeckiej „Gdy zakwitną poziomki” już od dawna miałam na oku. Ilość entuzjastycznych recenzji tej książki jest niesłychana. Nauczyłam się jednak, że nie to ładne, co piękne, ale co się komu podoba. Dlatego zanim przystąpiłam do czytania stonowałam swój entuzjazm – niepotrzebnie, bo książka jest bardzo dobra.

Bohaterką historii jest trzydziestoośmioletnia Karolina, która stwierdza, że już czas zostać mamą. Jej partner również uważa, że to właściwa chwila. Co prawda nie podchodzi do tematu tak entuzjastycznie, jak Karolina, ale wspiera swoją ukochaną w każdej decyzji. Problem powstaje w chwili, w której okazuje się, że wcale nie tak łatwo zajść im w ciążę, jakby się wydawało. Kobieta zaczyna obsesyjnie myśleć o macierzyństwie. Czas określa od cyklu do cyklu, a Filipa zaczyna traktować jak dawcę nasienia. Karolina ma świadomość, że nie tak to miało wyglądać. Miał być dom, ukochany, i malutka dziewczynka z warkoczykami, jednak życie boleśnie zweryfikowało jej plany. Na domiar złego ma wrażenie, że jej idealny związek nie jest taki idealny, rodzinne problemy piętrzą się w zastraszającym tempie, a jej myśli zaczynają niebezpiecznie krążyć wokół tajemniczego mężczyzny z przyszłości. 
 

Karolina jest wytrwała w staraniach o dziecko. Jej przeżycia są ogromnie wzruszające, i chociaż nie zawsze się zgadzamy z jej spostrzeżeniami na temat macierzyństwa, to jednak nie sposób być obojętnym wobec jej wielkiej tęsknoty za posiadaniem maleństwa, które jest dla niej wyznacznikiem szczęścia i kobiecości. Tak, Karolina czuje się wybrakowana. Jej nastrój definiuje wynik testu ciążowego, i fazy leczenia. Huśtawka emocji – od ekscytacji do przygnębienia, dość często dopada bohaterkę, zwłaszcza że codzienność również dokłada jej sporo problemów. Muszę przyznać, że autorce rewelacyjnie udało się opisać kondycję związku starającego się dziecko, jak również obawy i tkliwość Karoliny. Świetnie też przedstawiono rolę mężczyzny, teoretycznie pokornego, nawet obojętnego, który jednak zaistniałą sytuację przeżywa w swoisty sposób. W historii pojawia się też kilka innych znaczących wątków, które podkreślają główny temat, inaczej mówiąc eksponują rolę rodziny.

Nie mogę powiedzieć, żebym akceptowała każdą decyzję Karoliny, wielu w ogóle nie rozumiałam, zapewne trzeba być w odpowiednim stanie ducha żeby wczuć się w jej skórę. Jednak styl Agnieszki Walczak-Chojeckiej jest naładowany takim ładunkiem emocjonalnym, że nietrudno wzbudzić w sobie empatię. Szczególnie że portrety psychologiczne bohaterów oraz tło wydarzeń są wnikliwe i pomysłowo nakreślone. Wiele nagłych zwrotów akcji również uatrakcyjnia tę historię, jak również, już od pierwszych stron, uczucie dreszczu niepokoju i ekscytacji, które zwiastują nieprzewidziane koleje losu. „Gdy zakwitną poziomki” to bardzo dobra historia, kobieca, nie dlatego że bohaterka jest kobietą, ale że temat dotyczy nas – kobiet, bo traktuje o miłości i marzeniach o rodzinie, dla większości pewnie łatwych w realizacji, ale niestety dla sporej części nieosiągalnych.

Czytaj dalej »

Klub porcelanowej filiżanki. Vanessa Greene

Vanessa Greene

KLUB PORCELANOWEJ FILIŻANKI

Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2012
Stron: 320
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami

Moja ocena: 3/10 - słaba





Wzrokowiec ma ciężkie życie, bo często przy wyborze książki kieruje się okładką, a nie opisem. Chociaż w przypadku powieści Vanessy Greene zarys historii był obiecujący, a szczególnie rekomendacja, że jest to podnosząca na duchu powieść o damskiej przyjaźni, w dowcipnym brytyjskim wydaniu. Niestety, ktoś tu się bardzo pomylił.

Zapowiadało się całkiem dobrze. Trzy różne kobiety, o różnym statusie społecznym, poznają się na targu staroci, gdy ulegają zachwytowi porcelanowym serwisem. Panie nie walczą o zdobycz, ale idą na kompromis. Wspólnie kupują serwis i sprawiedliwie się nim dzielą. To już powinno dać mi do myślenia, kto widział kobietę rezygnującą ze swojego wymarzonego towaru na rzecz zadowolenia konkurentki. W każdym razie te wyjątkowe zakupy sprawiają, że kobiety zaprzyjaźniają się, tworząc barwne trio charakterów: Jenny, planuje swój ślub i zmaga się z traumą porzucenia przez matkę. Maggie, właścicielka kwiaciarni organizuje wesele bogatej panienki oraz walczy z dylematami serca, a Alison próbuje dodać skrzydeł swojej rozwijającej się firmie i uratować domowy budżet. Jak można się domyśleć panie będą wspólnie dywagować nad problemami, zagryzając je łakociami i zapijając pyszną angielską herbatką.


Zakładam, że historia z „Klubu porcelanowej filiżanki” miała być słodko-gorzka. Spod zachwycającej pierzynki złożonej z elementów cechujących czarującą brytyjską wieś, powinny wyłaniać się życiowe problemy. I teoretycznie tak jest. Gdyż oprócz tego, że dziewczyny miło spędzają ze sobą czas, podczas którego możemy zachłysnąć się świeżmy powietrzem, to systematycznie zarzucani jesteśmy życiowymi rozterkami. Między innymi trafiamy na temat porzucenia, niepełnosprawności, wychowania dzieci, braku pracy, zdrady. Są też zapytania o istotę przyjaźni i miłości. Nie można powiedzieć, żeby autorka nie starała się dodać opowieści rangi. Niestety słabo to wypadło. Ponieważ problemy są spłycone, potraktowane pobieżnie. Co gorsze bohaterki swoim nużącym analizowaniem i zasypywaniem przyjaciółek trywialnymi radami zabijają atmosferę. Nie podobały mi się też duże przeskoki czasowe. Wiele wątków dzieje się „na już” np. jednej z bohaterek wyznawana jest miłość, a dwa rozdziały dalej (żeby nie spojlerować, trochę przejaskrawię) już jest biały domek z ogródkiem, psem i pyzatym brzdącem. Rozumiem, że takie tempo w pewnym sensie wymusza zmienna narracja. Jenak w tym przypadku nie sprawdziła się, dlatego że autorka chcąc ująć jak najwięcej danych z życia poszczególnych bohaterek, narzuciła pęd, który sprawił, że zbagatelizowana została kwintesencja tematu. Mam wrażenie, że postawiono na ilość, a nie na jakość. Momentami też drażnił mnie język powieści, a właściwie niektóre zwroty. Historia toczy się współcześnie, a multum w niej archaizmów typu: wnet, wtem, powiada. Nie wiem ile w tym ręki autorki, a ile tłumaczki, ale takie terminy świetnie wypadają w historiach umiejscowionych w XIX wieku. 

Cóż, „Klub porcelanowej filiżanki” nie był dla mnie udaną lekturą. Nie doświadczyłam obiecanej ciepłej i szczerej powieści, a raczej trywialną, potraktowaną pobieżnie historię, w której masa komunałów zepchnęła w kąt to, co urocze. Książka należy do serii Leniwa Niedziela, samo przez się nie pretenduje do ambitnej lektury, ale czy nie mamy prawa wymagać więcej? Dobrze, że chociaż pięknie opisana angielska prowincja co nieco osłodziła mi tę przygodę, ale czy dla niej warto zawracać sobie głowę tą książką... 
Czytaj dalej »

Pośród żółtych płatków róż. Gabriela Gargaś

Gabriela Gargaś

POŚRÓD ŻÓŁTYCH PŁATKÓW RÓŻ

Wydawnictwo: Feeria
Rok wydania: 2015
Stron: 308
Oprawa: Miękka

Moja ocena: 6/10 - dobra





Dwa lata temu zachłysnęłam się książkami Gabrieli Gargaś „Jutra może nie być” i „W plątaninie uczuć”. Oba tytuły szalenie mi się podobały, dlatego bez wahania zainwestowałam w najnowszą powieść autorki. Od razu napiszę, że jeśli ktoś nie czytał powyższych dwóch książek, to do mojej dobrej oceny może dorzucić jedno oczko, za chwilę wyjaśnię dlaczego.

W powieści „Pośród żółtych płatków róż” stykamy się z osobistymi historiami kilku osób, w których bardzo mocno zaakcentowano relacje rodzinne i miłosne. Kilkoro bohaterów, jak na moje oko zbyt wielu, zmaga się z prywatnymi dramatami. Zuza jest zakochana w żonatym mężczyźnie, Joanna – po kilku latach małżeństwa – straciła wspólny język z mężem, Milena jest zapracowaną gospodynią domową, która poświęcając się rodzinie, zrezygnowała ze swoich marzeń. Do rozterek pań dołącza męski punkt widzenia. Partnerzy i partnerki zaczynają się ścierać, domagać tego, co w ich ocenie jest ważne lub tego, czego pragną. Teoretycznie ich wymagania nie są niemożliwe i skomplikowane. Niestety decyzje, które podejmują nie zawsze ułatwiają im dotarcie do tego najważniejszego celu. 

 
Z pozoru fabuła jest prozaiczna, i niczym specjalnym nie zaskakuje, bo ileż to już razy spotykaliśmy się z wątkami rozwodów, zdrad, i niespełnienia. No właśnie... moja ocena wynika z tego, że już o tym czytałam w książkach pani Gargaś. Przed podobieństwo losów bohaterów odczuwałam deja vu, jednak powieść mnie na tyle zaabsorbowała, że pomimo pewnej czytelności niektórych motywów i ckliwości, czytałam ją z wypiekami na twarzy. Głównie dlatego, że autorka ma doskonały zmysł spostrzegawczy, dzięki czemu bardzo celnie opisuje stany emocjonalne bohaterów. Nie boi się też nazywać rzeczy po imieniu, aczkolwiek zaznacza, że nie powinniśmy osądzać wyborów i moralności innych ludzi, ponieważ nieznane są nam ich koleje losu. Stąd też w tej opowieści ukazano zawiłe relacje międzyludzkie. Na pierwszy rzut oka łatwe w ocenie, ale kiedy wraz z rozwojem akcji poznajemy pragnienia bohaterów, to raz, że zaczynamy dostrzegać inny punkt widzenia, a dwa, zauważamy drugie dno, gdyż w tej historii nie jest jednoznaczne.

Owszem, możemy ganić kreacje bohaterów, zarzucając im schematyczność oraz że ich zachowaniom brak logiki, a ich spostrzeżenia - stworzone przez autorkę - opierają się na stereotypach. Pewnie, że tak... tylko, że żyjąc w społeczeństwie, które ma pewne wzorce poglądów, nie idzie tego uniknąć, szczególnie gdy historia ma brzmieć realnie, a ta taka dla mnie jest. Co prawda niekiedy miałam wrażenie, że różnych doświadczeń i tajemnic jest zbyt dużo, a momentami zbyt tłoczno od nagromadzonych dramatów i emocji, to jednak książkę bardzo dobrze mi się czytało. Spora w tym zasługa łatwego i obrazowego stylu pisania Gabrieli Gargaś, która oprócz tego, że nie zamęcza czytelnika wymyślnym słownictwem, to świetnie kreśli mozaiki złożone z uczuć. Według mnie „Pośród żółtych płatków róż” jest książką typowo kobiecą, która dzięki poruszającym obrazom ludzkich losów wywołuje wzruszenie i sprawia, że kobiece serducha dopada sentymentalność i melancholia. Jeśli lubicie historie o miłości, niekoniecznie tej łatwej i bajkowej, to z całą pewnością ta powieść  przypadnie Wam do gustu.
Czytaj dalej »

Białe róże dla Matyldy. Magdalena Zimniak

Magdalena Zimniak

BIAŁE RÓŻE DLA MATYLDY

Wydawnictwo: Prozami
Rok wydania: 2014
Stron: 296
Oprawa: Miękka

Moja ocena: 8/10 - rewelacyjna



Pisarka Aleksandra Tyl o powieści „Białe róże dla Matyldy” Magdaleny Zimniak  napisała, że jest to „książka, od której nie sposób się oderwać, dopóki nie pozna się prawdy” - nie pomyliła się, ponieważ powieść jest tajemnicza i pełna napięcia, tak absorbująca, że odłożenie jej przed poznaniem zakończenia jest wręcz niemożliwe.

Bardzo lubię powieści obyczajowe, chociaż ostatnio rzadko je czytam. Powodem jest to, że często trafiam na przesłodzone i przekombinowane fabuły, które najczęściej nijak się mają do realnych problemów, a mnie przeidealizowane historyjki nie interesują. Trochę obawiałam się że „Białe róże dla Matyldy” okażą się właśnie taką „nieprawdziwą” historią. Najprawdopodobniej zwiodła mnie łagodna, pastelowa okładka, która ewidentnie kojarzy mi się, prawdopodobnie i Wam, z bardzo lekkimi, rozrywkowymi powieściami. Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak byłam zaskoczona, mile zaskoczona tą historią, chociaż w przypadku tej książki przymiotnik „mile” wydaje się być nietaktem, ponieważ historia Beaty, która w tragicznym wypadku traci rodziców jest dramatyczna i okrutna. Tak bardzo, że momentami miałam problem z pokonywaniem kolejnych wersów tej opowieści, bo bolało mnie serce, a rozpacz ściskała za gardło.


Sam początek nie zwiastuje aż tak koszmarnych problemów Beaty, co prawda śmierć rodziców jest tragicznym i nieopisanym przeżyciem, jednak wydaje się, że kobieta z czasem pogodzi się ze stratą, zwłaszcza że ma męża, który jest jej oddany i wpiera ją na każdym kroku. Ma też ciotkę Matyldę, rodzoną siostrę matki, z którą wprawdzie nie ma najlepszego kontaktu, ale zawsze ją podziwiała, głównie za niezłomną podstawę i siłę, gdyż mimo że życie nie obchodziło się z nią łagodnie, zmarło jej dwoje dzieci, a wkrótce po nich mąż, to jednak potrafiła poradzić sobie po tak wielkim nieszczęściu i pomimo doświadczonego bólu pozostać serdeczną i uczciwą osobą. Niestety kilka dni po pogrzebie Beata dowiaduje się, że najprawdopodobniej śmierć jej rodziców nie była przypadkowa. Zaszokowana tą wiadomością postanawia na własną ręką poszukać śladów świadczących o tym, że ktoś miał złe zamiary w stosunku do jej rodziców. Jak się okazuje tropów nie brakuje, jednak największym dla niej szokiem będzie okrycie pamiętnika Matyldy, w którym ciotka opisuje życie swojej rodziny, całkiem inne niż to, które zna Beata.

Wpisy z pamiętnika przewrócą życie Beaty do góry nogami, rodzinne tajemnice sprawią, że straci wiarę w siebie, jej poczucie tożsamości zostanie zaburzone, a przyszłość zacznie jawić się jako najgorszy koszmar. Uznane prawdy okażą się kłamstwem, nasza bohaterka znajdzie się na równi pochyłej, wydawać się będzie, że kolejna tragedia jest nieunikniona. Różane pastele skrywają wstrząsającą fabułą, nie wiem czy okładka to celowy zabieg, czy pomyłka, w każdym razie autorka dała nam możliwość poznania historii, która niszczy życie, psychikę, i zaburza pewien porządek. Nie chcę zbyt dużo zdradzić, bo okrywanie kolejnych zagadek jest doświadczeniem szokującym, a także ekscytującym, ale uprzedzam, nastawcie się na ogromne emocje. Dlatego że Magdalena Zimniak trafnie celuje w najczulsze punkty, z wielkim talentem opisuje nastroje bohaterów, genialnie wnika w ich psychikę, kreśląc niejednoznaczne portrety, bo chociaż niektóre zachowania są ewidentnie złe i hańbiące, to gdzieś w podświadomości tli się współczucie dla ofiar tej historii, ofiar, które krzywdzone i poniżane stały się niebezpieczne dla siebie i dla otoczenia, są zarazem ofiarą i katem. Genialna intryga, którą łączy teraźniejszość z przeszłością, przeskoki czasowe, dzięki którym poznajemy czas dorastania Matyldy, a tym samym matki Beaty, a także piękny styl autorki, głównie jej zdolność do analizy zachowań, czyni z tej powieści intrygującą, wzruszającą i mądrą lekturę, która pokazuje, że każde nasze działanie, to konsekwencje, w ten czy inny sposób dające o sobie znać.

Białe róże dla Matyldy” były dla mnie lekturą wyjątkową, ogromnie wstrząsającą. Owszem był moment, w którym pomyślałam, że trochę za dużo zwala się na głowę Beaty, to niemożliwe, żeby tak wiele zła dopadło jednego człowiek, ale czy życie nie bywa okrutne... Magdalena Zimniak za jedną ze swoich powieść „Jezioro cieni” zdobyła nagrodę Czytelniczek w kategorii „Pióro”, za najbardziej poruszającą powieść, przyznawaną podczas Festiwalu Literatury Kobiecej w 2014 roku. Sądzę, że jej najnowsza powieść ponownie może pretendować do tej nagrody, bo „Białe róże dla Matyldy” wywołują silne emocje, z których niełatwo wyjść. Jeśli chcecie doświadczyć takich wrażeń i zobaczyć siłę destrukcyjną miłości, a także upadek wartości i rozbicie emocjonalne, to zachęcam do przeczytania powieści Magdaleny Zimniak, na pewno się na niej nie zawiedziecie.

Czytaj dalej »

Krótko i na temat: "Oko za oko" i "Niedoręczony list"

Patrick Senecal

OKO ZA OKO

Wydawnictwo: Fu Kang
Rok wydania: 2011
Stron: 304
Oprawa: Miękka

Moja ocena: 5/10 - przeciętna


"Łatwo jest myśleć poprawnie, kiedy wszystko w życiu układa się dobrze! Łatwo jest być humanistą, kiedy się nie poznało cierpienia i nieszczęścia!” 

Kilka dni temu wspominałam Wam, że przeżyłam głębokie rozczarowanie powieścią Senecala „Oko za oko”. Dzisiaj, tak króciutko, napiszę dlaczego tak mocno mnie zawiodła. Problem był jeden, całkowity brak emocji. Historia ojca zgwałconej i zabitej ośmioletniej dziewczynki, który bierze sprawy w swoje ręce i porywa zabójcę, żeby przez siedem dni go torturować, powinna być niezwykle emocjonalna. Ponieważ taka tematyka skłaniała do refleksji, przykuwa uwagę, prowokuje i zmusza do dywagacji nad niedoskonałością prawa. Niestety nic takiego mnie nie dopadło. Jednowymiarowi bohaterowie nie wzbudzili we mnie żadnych uczuć. Nie potrafiłam im współczuć, a przecież powinnam. W takiej historii nawet katowany zabójca winien wzbudzać mieszane uczucia, a tu nic, kompletnie nic, żadnych głębszych przemyśleń, żadnej pasji, ani rozterek. Jedynie sceny tortur przewracały mi żołądek na drugą stronę, ale to raczej zasługa mojej wyobraźni, niż kreatywności autora, który raczej nie zaszalał z opisami męczarni mordercy. W sumie dobrze, bo czytanie o cięciu, kłuciu i wydłubywaniu na dłuższą metę jest męczące i nużące. Poza tym zakładam, że w historii głównie chodziło o zajęcie stanowiska względem samosądów, ale mimo że niejednokrotnie uważam, że takie rozwiązanie byłoby najlepsze, to czytając tę powieść ani przez chwilę nie zastanawiałam się nad słusznością, czy też brakiem zasadności działania zdesperowanego ojca, który miał - najprawdopodobniej - problemy natury psychicznej już przed zabójstwem córki, bo po prostu żaden aspekt tej historii mnie nie zaszokował i nie uderzył w czuły punkt. Co więcej powieść nie jest zaskakująca, ani zbyt mocno skomplikowana. Nie wiem, może szukałam w tej książce tego, czego w niej nie ma. Może się czepiam, w końcu "Oko za oko" w serwisie Lubimyczytać ma ocenę 7/10, ale po rewelacyjnej „Alycji” i bardzo dobrym „Pasażerze” liczyłam na doskonałą lekturę, a dostałam przeciętną historię, w której zmarnowany został ciekawy, kontrowersyjny temat. 


Sarah Blake

NIEDORĘCZONY LIST

Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2011
Stron: 310
Oprawa: Miękka

Moja ocena: 6/10 – dobra

Kiedy chodzę nocą po Londynie, mam wrażenie, że Bóg jest senny, zmęczony pilnowaniem świata, zmęczony, gdy próbuję go pojąć. Wtedy odłamki szkła kaleczą niemowlęta w łóżeczkach, a kobieta i mężczyzna, którzy właśnie się położyli, zostają zmiażdżeni”

Niedoręczony list” wybrałam pod wpływem chwili. Co prawda często słyszałam skrajne opinie na jej temat, ale taka ocena zazwyczaj mnie motywuje, a nie zniechęca. Niektórzy czytelnicy są  totalnie zachwyceni powieścią, inni narzekają na niespójną fabułę. Według mnie prawda jest pośrodku. Ponieważ historia zachwyca pięknymi, sugestywnymi opisami. Jej niepokojący i wzruszający ton nie raz sprawił, że załzawiły mi się oczy, zwłaszcza że temat wojen jest ostatnio coraz dobitniejszy, i często trudno pogodzić się z tym, że kiedy pijemy kawę i przeglądamy poranną prasę, gdzieś tam giną ludzie, czyjś los wali się w gruzy. To dramatyczne tło i wymowny temat zniewala, niestety fabularnie trochę się sypie. Według mnie dlatego, że historia trzech kobiet: Iris – naczelniczki poczty we Franklin, która zakochuje się w Harrym wierzącym w to, że Niemcy przypłyną do Ameryki, Emmy żony lekarza, którego poczucie winny zmusiło do wyjazdu do ogarniętego wojną Londynu, i Frankie – londyńskiej dziennikarki relacjonującej dramat wojny, nie ma dobrego łącznika. Owszem fabułę spina postawa kobiet, ich siła i nieustępliwość, a także motyw niedoręczonego listu, który wydaje się, nawiązujący do tytułu, powinien stanowić stabilny trzon historii, to jednak tak nie jest. Bo głównym tematem jest wojna, a raczej koleje losu zwykłych ludzi. Dzięki relacji prasowej Frankie głos zwykłego człowieka jest niezwykle silny, często bolesny, trudny do udźwignięcia. Niestety temat ten niezbyt udanie wchodzi w korelację z wątkiem amerykańskich kobiet oraz z analizą kłamstwa, a właściwie z motywami i przyczynami kłamstwa, przynajmniej w moim odczuciu. Coś mi w tym nie grało, jednak piękny język powieści jest tak zachwycający, że „Niedoręczony list” jest jak poezja; ma wielką moc, jest wzruszający, wstrząsający i czarujący, dlatego z czystym sumieniem go polecam. 
 
Czytaj dalej »

Jeżynowa zima. Sarah Jio

Sarah Jio

JEŻYNOWA ZIMA

Wydawnictwo: Między Słowami
Data wydania: 24 września 2014
Stron: 320
Oprawa: Broszurowa ze skrzydełkami

Moja ocena: 8/10 – rewelacyjna





Stronię od powieści dla kobiet, może dlatego że w teście na płeć mózgu wyszło mi, że mam typowo męskie myślenie. Stąd też banialuki charakterystyczne dla tego rodzaju historii bardziej mnie złoszczą niż cieszą, ale są wyjątki. Do takich wyjątków zaliczają się książki Sarah Jio, które mają  w sobie na tyle duży czar, że mam wrażenie, iż każda kolejna powieść tej autorki jest lepsza od poprzedniej. „Marcowe fiołki” - podobały mi się, ale szału nie było, „Dom na plaży” - bardzo mi się podobał, obyło się bez większych zastrzeżeń, a „Jeżynowa zima” - jest rewelacyjna, jestem nią zachwycona.

Punktem wyjściowym historii jest dziwne zjawisko atmosferyczne, nagłe opady śniegu w maju, zwane w żargonie meteorologicznym „jeżynową zimą”. Claire, utalentowana dziennikarka, która obecnie przechodzi osobisty dramat, ma napisać artykuł nawiązujący do identycznej burzy śnieżnej w 1933 roku. Kobieta nie jest przekonana do tego pomysłu, ale kiedy trafia na informację, że 77 lat temu, tego samego dnia co obecnie, zaginął trzyletni Daniel, postanawia rozwikłać zagadkę tajemniczego zniknięcia, chociaż szanse na znalezienie jakiegokolwiek śladu są znikome. Mimo to Claire angażuje się w sprawę całym sercem. Szczególnie że bez problemu wczuwa się w rolę Very, matki zaginionego chłopca. 

 
W tej powieści przeplatają się dwie dramatyczne historie kobiet, wspomnianej Very i Claire. Z pozoru nic nie łączy tych bohaterek, ale - wraz z rozwojem wydarzeń – pojawiają się przedziwne powiązania. Ich los splata się ze sobą tworząc przecudowną i wzruszającą kompozycję, która porusza najczulsze strony duszy. Najprawdopodobniej dlatego że czyta się historie o kobietach, których zrządzenie losu pchnęło na niecodzienne ścieżki, dając im wiele, ale również wiele zabierając. Ten przypadek, a może przeznaczenie, sprawił, że doświadczyły wielkiej namiętności, wielkich wzruszeń, ale i psychicznych ran na całe życie. Sarah Jio ubrała ich rozterki w ujmującą formę, tworząc dwie fantastyczne czasoprzestrzenie, tę z lat 30. ubiegłego wieku, kiedy uboga Vera próbuje wiązać koniec z końcem, walcząc o utrzymanie siebie i swojego ukochanego syna, oraz tę współczesną, w której Claire próbuje się zmierzyć z chłodem w swoim sercu, który powstał w wyniku dramatycznego wypadku. Charakterystyka bohaterek jest niezwykła, bo pomimo różniących je cech, wskazują na to, że bez względu na mijające lata, epoki, tak naprawdę jesteśmy takie same. Podobnie czujemy, podobnie marzymy i za tym samym tęsknimy. To mnie najbardziej ujęło w tej powieści, trafność w ocenie sytuacji, wrażeń, i prostota przekazu. Ponieważ historia sama w sobie nie jest szczególnie wyrafinowana, ale - mimo podjętego trudnego tematu - sporo jest w niej ciepła, nadziei, i wiary w drugiego człowieka.

Mamy piękny wrzesień, ale wieczory już chłodne, dlatego proponuję przygotować sobie ciepluśki kocyk i ciepluśkie kakao, i zafundować sobie spotkanie z „Jeżynową zimą”. Dla szczególnie wrażliwych czytelniczek przydadzą się chusteczki, bo perypetie bohaterów, znanych również z „Marcowych fiołków”, mogą powodować niekontrolowany potok łez, ale nie ma tego złego... Absorbujący, romans i liczne tajemnice rodzinne, w których kłamstwo połączyło się z prawdą, tworząc przekłamany obraz rzeczywistości, są tak porywające, że łzy wzruszenia łączą się ze śmiechem i ekscytacją. Bardzo polecam.

Standardowo w książkach Sarah Jio można znaleźć tytuły piosenek, klasyków, jednym z nich jest piękna ballada "Stardust" w wykonaniu Nat King Cole. Znajomość książkowych utworów czyni z historii wyjątkowo klimatyczną opowieść.


Czytaj dalej »