Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść grozy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść grozy. Pokaż wszystkie posty

Siódma dusza. Andrzej Wardziak

Andrzej Wardziak

SIÓDMA DUSZA

Wydawnictwo: Videograf
Rok wydania: 2015
Stron: 240

Moja ocena: 5/10 - przeciętna 





Uwielbiam polskie powieści grozy, ale ostatnio bardzo się na nich zawodzę. Mam wrażenie, że autorzy zapominają, że istnieje coś więcej, niż schematy. Rozumiem, że w literaturze grozy wykorzystano co tylko możliwe, ale nawet z klasycznych motywów można zrobić coś ciekawego. Podziwiam też pisarzy za odwagę w podejmowaniu tematyki wielokrotnie już powielanej, dlatego że sporo ryzykują. Nie zmienia to faktu, że sama odwaga nie wystarczy, żeby napisać absorbującą powieść. Oryginalnego podejścia do tematu duchów i nawiedzeń spodziewałam się po "Siódmej duszy", ale oprócz intrygującego zakończenia nic mnie w tej powieści nie zaskoczyło. 

Wyjdźmy od tego, że fabuła książki brzmi bardzo znajomo, co już jest zniechęcające, bo teoretycznie wiemy w jakim kierunku historia podąży. W "Siódmej duszy" Maciek, pod nieobecność rodziców, zaprasza swoich przyjaciół Adama, Maję, Tymka i Nadię, do odziedziczonego po tragicznie zmarłym wujku domu. Budynek, a właściwie dworek, przypomina stare posiadłości rodowe i otoczony jest lasem. Wypisz, wymaluj sceneria z typowego horroru. Maćkowi podoba się secesyjny styl domu, ale nie lubi zostawać w nim sam, gdyż niepokoją go skrzypiące podłogi, ciemne korytarze i nienaturalna cisza w lesie. Stąd też pomysł spędzenia tygodnia ze znajomymi. Wspólne oglądanie filmów, picie, palenie i robienie Bóg wie co jeszcze, ma zablokować jego wybujałą fantazję, dotyczącą wszystkich przerażających dźwięków. Niestety podczas zwiedzania domu natrafiają na ukryty pokój, najprawdopodobniej służący do wywoływania duchów. Nadia, która posiada wyjątkowy dar, zaczyna wyczuwać niepokojące wibracje, a na Marcina spływają koszmarne wizje. Jedno jest pewne, coś z zaświatów jest w ich otoczeniu i źle im życzy. Grupa przyjaciół niezrażona tym, że jest środek nocy, decyduje się opuścić dom.

Nie dziwię, że pięć osób zaczyna wariować, widząc działania nadprzyrodzonej mocy. W końcu nie co dzień twój kolega wybija sobie szkło w oczy i słyszysz w telefonie rozpaczliwy głos konającej osoby, ostrzegającej Cię, że jesteś następny w kolejce. Takie zdarzenia niejedną osobę wytrącą z równowagi. Niemniej jednak stworzenie oczywistych charakterów psuje odbiór. Standardowo mamy kolesia, który wszystko neguje, jest też pan rozsądny, panienka "bojęsięwszystkiego" oraz ta, która mniej więcej wie co robić. Przewidywalność reakcji bohaterów (czy oni nie oglądają horrorów?!) sprawia, że beznamiętnie przyglądamy się ich działaniom. Brak jest większego napięcia, choć niektóre fragmenty mają swój urok, jak choćby "spacer" w mgle, ale co z tego, jak zawsze jesteśmy krok przed bohaterami. Niestety dialogi też nie wnoszą nic ciekawego do historii. Raz, że są sztampowe, a dwa, dlatego że wszelkie rozmowy bohaterów dotyczą stanu faktycznego, czyli tego co robią lub co zrobią. Mnie dopiero pod koniec zaciekawiła ta powieść, może dlatego, że nabrała odrobinę melancholijnego i sentymentalnego klimatu. Może do powieści grozy niekoniecznie pasuje taka atmosfera, ale jak już poznałam motywy "złego", to z większym przejęciem podeszłam do finału. Według mojej oceny autor starał się stworzyć ciekawą powieść, ale z racji nieoryginalnych koncepcji i uproszczonego wątku powstała zwykła, niczym niewyróżniająca się historia, odrobinę przypominająca opowieści z krypty.
Czytaj dalej »

Zabij mnie, tato. Stefan Darda

Stefan Darda

ZABIJ MNIE, TATO

Wydawnictwo: Videograf
Rok wydania: 2015
Stron: 352

Moja ocena: 6/10 - dobra





 Zdzisław jest emerytowanym policjantem, który - zmęczony pracą i miastem - przenosi się do niewielkiego miasteczka, licząc na spokój i anonimowość. Jednak już w pierwszych dniach poznaje Kamila, sympatycznego właściciela pizzerii, z którym szybko się zaprzyjaźnia. O tego czasu Zdzisław bierze czynny udział w życiu rodzinnym nowego przyjaciela, czerpiąc radość z przebywania w serdecznym gronie ludzi. Niestety nic co dobre nie trwa wiecznie. Dwie młodsze córki Kamila zostają porwane. 

Dramatyczne zdarzenie porusza całą społeczność, tym bardziej że do tej pory miasteczko uchodziło za wyjątkowe spokojne i bezpieczne. Koszmarne przeżycia sprawiają, że rodzina Kamila emocjonalnie się rozpada. Pogrążeni w rozpaczy rodzice nie tylko muszą radzić sobie z własnym bólem, ale też muszą tchnąć nadzieję i wiarę w najstarszą córkę, która tego feralnego dnia miała odprowadzić młodsze rodzeństwo do domu. Czas mija, ale mimo starań policji sprawa nie posuwa się do przodu. Zdesperowany Zdzisław wykorzystuje swoje znajomości i dowiaduje się, że w wyniku niedoskonałego systemu polityczno-prawnego został wypuszczony na wolność psychopata, który najprawdopodobniej upodobał sobie ich okolicę.

Stefan Darda genialnie ukazał emocje bohaterów, ponieważ nadał im cechy, które sprawiają, że ich ból jest naszym bólem. Poza tym nie wiem, czy jest ktoś, kogo nie porusza krzywda dziecka. Nie trzeba wielkiej empatii, żeby wczuć się w rolę rodzica, który zmaga się z koszmarem straty ukochanego dziecka, bezradnością, poczuciem winy, a także niesprawiedliwością systemu prawnego. Ta sugestywność zdarzeń i odczuć jest ogromna. Zwłaszcza że autor poruszył ważne i emocjonujące problemy społeczne dotyczące "ustawy o bestiach" i o systemie alarmowym Child Alert. Dolał też oliwy do ognia, podkreślając hipokryzję polityków, przekładających dobro własnych interesów ponad dobro społeczne. Nie zabrakło też napiętnowania osób, które "karmią się" dramatami, wykorzystując nieszczęście innych do uatrakcyjnienia sobie dnia. Rys nastrojów społecznych zdecydowanie udał się autorowi. Bez wątpienia obyczajowe tło jest w tej historii bardzo znaczące, mam wrażenie, że jest istotniejsze od kryminalnej intrygi, której... też nic nie brakuje. 

Tok wydarzeń jest sensowny i konsekwentny, ale w moim odczuciu opowieści brakuje równowagi. Wstęp jest bardzo długi, momentami nużący, ponieważ na tym etapie poznajemy mentalność miasteczka, a także widzimy genezę przyjaźni Zygmunta z Kamilem, której zaczątkiem były szczere wyznania dotyczące kolei losu. Oczywiście rozumiem taki porządek, jednak typowe - dla byłego policjanta i przeciętnego Kowalskiego - zwierzenia nie podnoszą temperatury czytania. Po tym niezajmującym wprowadzeniu następuje nawał nieszczęść, który bardzo mocno na czytelnika oddziałuje. Nagromadzenie wzruszeń jest potężne, żałuję, że początek historii nie przygotowuje do szoku, który nas spotyka. Wyczuwa się dysharmonię i nie powiem, żeby było to komfortowe. Lekko rozczarowało mnie też zakończenie, dlatego że lubię szarości, niedopowiedzenia, a w tym przypadku było zbyt jednoznaczne. 

Lubię książki i opowiadania Stefana Dardy. Kilka lat temu wkręciłam się w jego twórczość, ponieważ wybitnie spodobał mi się klimatyczny styl pisania, jednak niepokoi mnie to, że autor tkwi w charakterystycznych dla siebie schematach. Z jednej strony nie jest to wadą, bo bywa to dobre, ale ciągle ten sam typ bohatera, z pogmatwaną przeszłością, uciekającego z miasta do niewielkiej mieściny, w której dzieją się rzeczy niestworzone (w tej historii brak jest paranormalnych zdarzeń) zaczyna być drażniący. Od książek Dardy wymagam więcej, ale podsumowując, "Zabij mnie, tato" to dobra powieść, może odrobinę kulejąca, ale to emocjonalny rollercoaster, doskonały temat do podjęcia polemiki na ważne społeczne tematy. 

Pod tym linkiem KLIK znajdziecie moje opinie na temat zbioru opowiadań i innych książek Stefana Dardy, w tym cyklu Czarny Wygon.

Czytaj dalej »

Wyklęci. Olga Haber

Olga Haber

WYKLĘCI

Wydawnictwo: Videograf
Rok wydania: 2015
Stron: 272
Okładka: Miękka ze skrzydełkami

Moja ocena: 6/10 - dobra 





Lekko ponad pół roku temu, przeczytałam debiutancką powieść Olgi Haber "Oni". Historia sprawiła, że miałam mieszane uczucia, gdyż jej początek zrobił na mnie spore wrażenie, ale cała reszta już nie bardzo. Mimo to coś zaiskrzyło, dlatego biorąc się za "Wyklętych" liczyłam na dużo mocniejsze wrażenia. Muszę przyznać, że trochę się przeliczyłam, bo opowieść choć nieco lepsza od poprzedniczki, to jednak mimo dużej ilości zbrodni, zalicza się raczej do soft powieści grozy (o ile takie określenie istnieje), nad czym ubolewam, ponieważ pomysł na demoniczną historię jest przedni.

Zanim przejdę do konkretów mała dygresja, brawa dla Pracowni WV za doskonały projekt okładki, również do powieści "Oni". Jestem pod wrażeniem. Przejdźmy do konkretów. Jak wspomniałam autorka miała świetny pomysł. Co więcej wprowadziła do historii wiele oryginalnych rozwiązań, interesująco łącząc wierzenia ludowe i czarną magię z czasami współczesnymi. Nietypowe wiązania pewnych motywów są powiewem świeżości i sprawiają, że z zaciekawieniem śledzi się paranormalny wątek. Jednak  mam wrażenie, że niektóre elementy tej historii wymknęły się spod kontroli. Jak choćby ilość trupów (kto by pomyślał, że kiedyś będę na to narzekać). Powiedzieć, że w tej książce trup ściele się gęsto to zdecydowanie niewystarczająco. 


Z licznymi mordami nie radzi sobie również policja, która jest w kropce, gdyż za żadne skarby świata nie jest w stanie namierzyć zabójcy młodej skrzypaczki, której ktoś bestialsko poderżną gardło. Po miesiącach pracy nadal nic. Jest to o tyle niepokojące, że dochodzą nowe sprawy. Ofiar przybywa. Krew leje się strumieniami. Prowadzący śledztwo młodzi policjanci Justyna Sowa i Jurek Misiak próbują powiązać zabójstwa, jednak brak wspólnego mianownika, uniemożliwia ustalenie zależności pomiędzy zbrodniami. Nie ma się co dziwić, morderstwo samotnej matki, samobójstwo ekspedientki, czy zasztyletowanie biznesmena, bardzo trudno zaliczyć do jednej kategorii, a to nie jedyne tajemnicze zgony. Można tylko stwierdzić, że świat oszalał. A może jednak stara kloszardka ma rację twierdząc, że:
W mieście jest wiedźma(...) Krew spłynie ulicami, zachlapie ściany i podłogi, będzie się sączyć z ran, będzie buchać. Morze krwi, całe morze... [str.70]
Nieprawdopodobne, ale być może to jest jedyne wytłumaczenie, może tylko tak da się wyjaśnić koszmarne sny, porwania dzieci, okrutne mordy, bezczeszczenie zwłok, a nawet kanibalizm. Tylko jak przyjąć to do wiadomości, gdy jest się realistą, świetnie wyszkolonym gliną, który paranormalne zjawiska uważa za głupie bajania.


Para narwanych policjantów wplącze się w niemałą kabałę. Ich śledztwo będzie maksymalnie zamotane, ale to nie dziwi, ponieważ ich metody śledcze wołają o pomstę do nieba. Nie chcę się czepiać, wszak to powieść grozy, a nie kryminał, ale wątek dotyczący wykrycia sprawcy praktycznie nie istnieje. Owszem, śledczy przesłuchują podejrzanych, ale na zasadzie "zadamy dwa pytania i jakby co to się odezwiemy". Do oględzin miejsca zbrodni też nie bardzo się przykładają; popatrzą, porzygają, rzucą kilka żartów i na tym koniec. Mam wrażenie, że bardziej zajmują ich sprawy prywatne typu kto z kim się przespał, niż wytropienie zabójcy, bo gdyby nie pewien przypadek to dreptaliby w miejscu. Kolejnym minusem jest ilość morderstw. Nie tylko mamy do czynienia z aktami demonicznej mocy, ale też sporo jest wtrąceń o innych zabójstwach. Fakt, bohaterami są policjanci, więc nieuniknione jest uczestniczenie w ich pracy, jednak natłok umarlaków w pewnym momencie sprawił, że pogubiłam się kto? kogo? i dlaczego? Zwłaszcza że co zbrodnia, to większa wymyślność. Również nie przypadł mi do gustu wątek poboczny, dotyczący kanibalizmu, ponieważ niewiele wnosił do głównej sprawy, tak naprawdę nic nie wnosił, może chodziło o wodzenie policji za nos, a może o pokazanie demoralizacji społeczeństwa, łatwości z jaką łamie się tabu... nie wiem....

Czytając moje utyskiwania na pewne elementy, możecie się zastanawiać, dlaczego dałam powieści dobrą ocenę. Ano dlatego że mimo niedociągnięć świetnie mi się ją czytało. Podobał mi się klimat, może niezbyt upiorny, ale tajemniczy i mroczny. Czarowały mnie ciemne zaułki i stare klimatyczne budowle, które uatrakcyjniały powieść. Sporo jest też obrzydlistw i dosadnego języka, za co lubię autorkę, bo wykłada kawę na ławę. Moją sympatię zdobyła też Justyna, która w pewnym momencie musiała liczyć tylko na siebie i przekonywać bliskich, że białe nie jest czarne. Jej trudna sytuacja sprawiła, że młoda policjantka stała się realną postacią, a nie literackim wytworem, dzięki czemu dużo łatwiej przychodziło mi trzymanie za nią kciuków. Jednak najbardziej polubiłam czarny charakter, który jest czarniejszy niż smoła w piekle, z której prawdopodobnie się wynurzył. Pradawna demoniczna moc jest sprytna, inteligentna, a nawet - chyba - seksowna, ale w głównej mierze jest bezwzględna, okrutna, i aby zabić nie potrzebuje konkretnego powodu. Prawdziwe zło wcielone. Poza tym akcje w jej wykonaniu to prawdziwe krwiste widowiska, które czyta się z niemałą przyjemnością, oczywiście docenią to tylko fani makabry. Podsumowując "Wyklęci" to powieść daleka od ideału, ale jest świetną rozrywką, która dostarcza dreszczu niepokoju i sieje zamęt w głowie.  Zdecydowanie warto poświęcić jej czas, o ile powieść grozy znajduje się w waszym kręgu zainteresowań. Mnie się podobało, i na pewno przeczytam następną książkę Olgi Haber. Może wreszcie przerazi mnie na śmierć. 

A'propos obecnych atakujących nas wysokich temperatur - umieram! Moje odczucia świetnie oddają słowa jednego z bohaterów "Wyklętych" niejakiego Filipa Karskiego "Przeklęte lato! Nic tylko te niemal afrykańskie upały albo gwałtowne burze" [str.138] Filip, nie lubię Cię, ale w tym się z tobą zgadzam. Mam dość lata i jak nigdy chcę jesieni, a może do szczęścia wystarczyłby mi klimatyzator?.... A Wy jak się trzymacie?



Czytaj dalej »

Oni. Olga Haber

Olga Haber

ONI

Wydawnictwo: Videograf
Rok wydania: 2014
Stron: 214
Oprawa: Miękka

Moja ocena: 6/10 - dobra 



 


Bardzo lubię polskie powieści grozy. Koszmarek w rodzimych klimatach jest bardzo atrakcyjny. Poza tym z roku na rok nasi pisarze poczynają sobie coraz lepiej. Dlatego z wielkim entuzjazmem zabrałam się za debiutancką powieść Olgi Haber „Oni” i... mam mętlik w głowie. Ponieważ z wydarzeniami w sielskiej okolicy wiązałam wielkie nadzieje. Zwłaszcza że takie tło, to spore pole do popisu, i chociaż książkę dobrze mi się czytało, to jednak klika motywów mnie zawiodło.

Bohaterką jest trzydziestokilkuletnia Natalia, która znajduje się w dość trudnym momencie życia. Rozstała się wieloletnim partnerem, odeszła z pracy, i była świadkiem dramatycznego wypadku. Obecnie pomieszkuje w uroczym domku na Lisim Wzgórzu tuż na skraju lasu, notabene domu ex faceta. Co ciekawsze lokum dzieli ze znacznie młodszym kochankiem... mrau... Wydaje się, że nowa fascynacja plus piękna okolica powinny działać na Natalię kojąco. Nic z tych rzeczy. Kobieta czuje się obserwowana, ma coraz częstsze koszmary, ale gdy poznaje dziwną teorię na temat lokalnego cmentarza, zaprzecza, choć jej niepokój z każdym dniem jest większy, m.in. dlatego że mieszkańcy zaczynają się dziwnie zachowywać i coraz częściej dochodzi do przedziwnych, często groźnych zdarzeń. 

Źródło
Natalia jest zaskakującą bohaterką, którą trudno jednoznacznie zdefiniować, ale bardziej zaskakujące jest to, że miejska, wyzwolona dziewucha odnalazła się w hermetycznym, trochę zacofanym środowisku. Co prawda jej relacje z mieszkańcami nie są najlepsze, mimo to kobieta sprawnie funkcjonuje w małej społeczności, chociaż nie powiem, jej paniczny lęk jest z lekka dziwny. Oczywiście z czasem poznamy przyczynę strachu, źródło zła, które jest dość oryginalne. Przyjemnie mnie to zaskoczyło, bo najczęściej wszelkie historie, w których tłem jest idylliczne miejsce, nawiązują do mitów i wierzeń ludowych, a tutaj mamy coś zgoła innego, jest to jak najbardziej na plus. Tak samo jak początkowy klimat – bardzo niepokojący, unoszący włoski na karku. Zresztą, przynajmniej w moim przypadku, piękno nieskażonej natury, w której najprawdopodobniej ukrywa się coś złego, zawsze budzi moje podekscytowanie. Poza tym zatrważające wydarzenia w okolicy: gwałty, morderstwa, zaginięcia, zdumiewające zjawiska atmosferyczne, oraz nocna nerwowość Natalii robią swoje – uruchamiają wyobraźnię, która zaczyna pracować na najwyższych obrotach. Dodatkowo romansowy wątek i kilka erotycznych cen, które na szczęście nie są tandetne i przesadzone znacząco wpływają na atrakcyjność historii, podobnie jak rewelacyjne i niekonwencjonalne zakończenie, za które należą się autorce brawa. 

Niestety, mimo że książkę miło mi się czytało, to właśnie to „miło” mnie rozdrażniło, bo w przypadku powieści grozy taki stan jest niedopuszczalny. Co zawiodło? Atmosfera, która ze złowróżbnej i przeraźliwej zmieniła się w komiczną, nie wiem, być może zamierzoną, ale mnie rozmowy bohaterki z kotem rozłożyły na łopatki. Z tych rozmów miałam niezły ubaw, szkoda tylko, że moje rozbawienie przegnało straszliwy nastrój. Historia straciła na mocy, a wszelkie wydarzenia mające miejsce w przyszłości Natalii stały się parodią poprzednich zdarzeń. Rozchwiane zachowanie bohaterki i jej ciągłe rozmyślanie o byłym partnerze, nawet w sytuacjach intymnych z obecnym kochankiem, również mnie rozsierdziły. Nie kupuję tego, gdy trzydziestosześciolatka zachowuje się, jak nastolatka. Niby dorosła kobieta, a nie wie czego chce, ale to tylko moje subiektywne odczucie. Z pewnością znajdą się panie, które do rozchwianej emocjonalnie Natalii poczują nić sympatii. Pomijając moje narzekania, „Oni” to całkiem przyjemna lektura, może nie zaznacie wielkich wstrząsów i grozy, ale historia jest ciekawa, obfituje w liczne wydarzenia, ma miarową akcję, a do tego napisana jest sprawnym i rzeczowym językiem. Śmiało możecie potraktować ją jako rozrywkową, zajmującą powieść o zagadkowym klimacie.

Czytaj dalej »

Pan na Wisiołach. Krzyk Mandragory. Piotr Kulpa

Piotr Kulpa

PAN NA WISIOŁACH: KRZYK MANDRAGORY

Wydawnictwo:Videograf
Rok wydania: 2014
Stron: 346
Oprawa: Miękka

Moja ocena: 8/10 - rewelacyjna



Ze sporą nieufnością podchodzę do cykli, a najbardziej do tych, których pierwszy tom jest bardzo udany. Zazwyczaj obawiam się, że pisarz nie przeskoczy poprzeczki, którą sam sobie ustawił. Na szczęście „Krzyk Mandragory” Piotra Kulpy jest świetną kontynuacją „Mrocznego siedliska”. Na odbiór lektury ogromny wpływ mają bohaterowie. Ich charaktery to pełna paleta cech. Bogactwo przymiotów oraz perspektyw pozwala ujrzeć daną postać na wielu płaszczyznach. Sprawia też, że historia nabiera przeróżnych odcieni, poprzez te najmroczniejsze, aż do tych najsubtelniejszych odnajdujących się w najwrażliwszych tonach duszy.

źródło
Moją największą sympatię zdobyła rodzina Smutów, która pełna nadziei porzuciła Warszawę i przeprowadziła się do zabitej dechami wsi Wisioły w Starogórach. Zresztą trudno było ich nie polubić, ponieważ Tymek i Magda to bardzo mili i życzliwi ludzie, którzy niestety w nowej miejscowości spotykają się tylko z wrogością. Nawet ich kilkuletniemu synkowi Czarusiowi sporo się dostało. Chłopczyk jest osamotniony w tej opuszczonej przez Boga wsi, gdzie większość mieszkańców to staruszkowie, tematem rozmów są przerażające legendy, a nocami, między drzewami, gdzieś w górach, zło na skrzypcach przygrywa. Smutom nie jest lekko, ale są twardzi, nie zamierzają się poddać. Niestety wzajemne oskarżanie się i coraz większy brak zaufania powoli dezorganizują im życie. Nawet Czaruś ulega ciężkiemu nastrojowi panującemu w domu. Niespokojną aurę próbuje wyciszyć ich znajomy Bargieł, ale czy aby na pewno chodzi mu o szczęście Smutów? Tymek przeczuwa, że ktoś względem jego rodziny ma niecne zamiary, czy ma rację?

Krzyk Mandragory” jest powieścią niezwykłą. Ponieważ nie tylko zachwycają bohaterowie o wnikliwej i oryginalnej charakterystyce, ale także świetna intryga, której ścieżki prowadzą do wierzeń i legend słowiańskich, oraz zachwycający baśniowy klimat, często bardzo zmysłowy. Poza tym w tej części sporo się dzieje, co z pewnością ucieszy miłośników dynamicznych fabuł. Mamy kilka przedziwnych zgonów, parę ambitnych planów, których wykonanie będzie wymagało wielkiego sprytu, jak również – wreszcie - poznamy tajemniczą historię wsi Wisioły, która jak się okazuje ma przedziwny i straszliwy początek. Liczne poboczne wątki również podbijają atrakcyjność powieści, zwłaszcza że zmienna narracja pozwala wniknąć w psychikę bohaterów, przez co znacznie silniej odczuwa się ich problemy i dylematy. Niewątpliwie Piotr Kulpa sprawił, że z pozoru niewinna historia zaskakuje, wywołuje niepokój, często też szokuje. Nie bez znaczenia jest fakt, że nawiązanie do wierzeń pogańskich, w których rządzą gusła i upiory, jest ekscytujące. Podejrzewam, że mało kto nie lubi ponurych historii, które z dawien dawna zasłyszane skutecznie działają na wyobraźnie i nie pozwalają spokojnie zasnąć. Ten niepokojący nastrój w tej powieści jest mocno wyczuwalny, szczególnie że sceneria i ujmujący styl pisania Kulpy wyczarowują sugestywne obrazy, tak bardzo, że groza jest na wyciągnięcie ręki. Powieść kończy się znakomicie, ale... wymaga kontynuacji. Mimo że Wisioły to niezbyt przyjemne miejsce, to jednak nie można w tak kluczowym momencie zostawić Smutów. Dlatego cieszy mnie, że w przygotowaniu jest trzeci tom, na który niecierpliwie czekam. Wam również polecam zwrócenie uwagi na cykl „Pan na Wisiołach”, bo pomysł jaki i wykonanie tej historii jest niesłychane. Zachęcam do czytania!

Czytaj dalej »

Sanato. Marcin Szczygielski

Sanato” wpadło mi w oko na jednej z Facebookowych stron, tak naprawdę to zwróciłam uwagę na świetny zwiastun, który przyprawił mnie o lekki dreszczyk, a że lubię powieści grozy, to uzbroiłam się w piękniuśki egzemplarz, tak, powieść jest rewelacyjnie wydana; twarda okładka, w środku czarno-białe zdjęcia, krótkie biografie bohaterów, przyjemna dla oka czcionka, całość sprawia bardzo dobre wrażenie. Fabuła również jest niezwykle smakowita.

Otóż, w luksusowym sanatorium w Zakopanem poddawana leczeniu jest śmietanka towarzyska. Młodzi, piękni ludzie bez większych nadziei godzą się na kolejne, często bolesne, zabiegi, mające ich wyleczyć z gruźlicy. Niestety jest 1931 rok, a jak wiadomo w owych latach choroba ta jest śmiertelna. Na szczęście pojawia się nadzieja. Do sanatorium przyjeżdża młody niemiecki lekarz wraz z zachwycającą i zdrowo wyglądającą narzeczoną Ireną, która ma być potwierdzeniem skuteczności jego nowej metody leczenia gruźlicy. Rewolucyjna terapia polega na wstrzykiwaniu pacjentowi płynnego złota. Do eksperymentalnej kuracji wybranych zostaje ośmioro kuracjuszy. Wśród nich jest Nina Ostromęcka, młoda mężatka, która zarazem jest narratorką powieści. Na początku wszystko wydaje się być w jak najlepszym porządku, niewielkie niedogodności są spychane na bok wizją szybkiego wyzdrowienia. Niestety po pewnym czasie w umysłach pacjentów zachodzą przedziwne, niepokojące zmiany. 

Sanato” to moje pierwsze spotkanie z twórczością Marcina Szczygielskiego. Oczywiście wcześniej słyszałam o autorze, głównie za sprawą takich powieści jak: „Berek”, „Bierki” czy „Poczet królowych polski”, ale niestety jakoś się nie składało... Ale nie ma tego złego, bo „Sanato” tak bardzo mi się podobało, że nie omieszkam poznać innych książek tego pisarza. Czytana przeze mnie powieść jest bardzo specyficzna, nietuzinkowa przez co obawiam się, że nie każdemu przypadnie do gustu, to jednak warto na nią zwrócić uwagę, ponieważ autor świetnie oddał klimat lat 30. oraz atmosferę niepokoju i nerwowości. Poza tym stworzył doskonałą intrygę z tak fenomenalnymi, odjechanymi motywami, że nie raz w łeb zachodziłam, skąd bierze się taka kreatywność, taka nieograniczona wyobraźnia.

Powieść jest genialna, ale uprzedzam, że na początku akcja jest nieśpieszna, dokładnie poznajemy otoczenie sanatorium, pacjentów, głównie dwudziestojednoletnią Ninę, którą gruźlicą zaraził mąż, notabene również będący pacjentem sanatorium. Wnikliwie są również przedstawione dysputy pensjonariuszy dotyczące ewolucji Darwina,  a także eugeniki (tak w skrócie, system poglądów dotyczący ulepszania gatunku z pokolenia na pokolenie). Z pozoru są to rozmowy nużące i nic nie wnoszące do historii, ale to tylko złudzenie, zresztą nie jedyne, raz, że intelektualne rozprawki w pewien sposób charakteryzują elitę lat międzywojennych, a dwa, są doskonałym wprowadzeniem w mrożące krew w żyłach wydarzenia. Ten początkowy spokój jest fasadą za którą ukrywają się lęki pacjentów, którzy często są nastolatkami, ludźmi z wielkim apetytem na życie. Każdy ich kolejny dzień to „Leżenie, jedzenie, umieranie”, to jak gra w rosyjską ruletkę. Przygnębiający nastrój jest niezwykle sugestywny, a każde zdanie zwiastuje zbliżającą się katastrofę. Druga połowa książki to piekielnie dynamiczna podróż, która wciąga, otumania i pozostawia w szoku. Brawa dla Marcina Szczygielskiego za jego wyjątkowy talent do malowniczych i mocnych opisów, które wychodzą daleko poza granice wyobraźni przeciętnego człowieka. Brawa za stworzenie historii, która na pierwszy, a nawet drugi, trzeci i kolejny rzut oka wydaje się być historią prawdziwą, oraz za skuteczne utrzymywanie uwagi, niepewności i lęku. O tej powieści można pisać bez końca, ponieważ w każdym jej rozdziale jest multum elementów nadających się do głębszej analizy, ale nie chcę Was zarzucić informacją, a polecić „Sanato”, przede wszystkim czytelnikom, którzy odnajdują się w wyszukanych oraz abstrakcyjnych fabułach i którzy doceniają staranne i szczegółowe wprowadzenia. Jeśli odważycie się poznać mroczną stronę zakopiańskiego sanatorium, to na pewno nie pożałujecie, bo zgubi Was upiorna terapia. 



SANATO

Marcin Szczygielski

Rok wydania: 2014
Stron: 357
Oprawa: Twarda

Moja ocena: 8/10 – rewelacyjna





Oko za oko” ma nowego właściciela!
Wybaczcie, że tak późno o tym informuję, ale ciągle żyję na piątym biegu. Chęć otrzymania książki wyraziło dziewięć osób. Losowanie przeprowadziłam tradycyjną metodą i wylosowałam... Katarzynę S.
Kasiu, mam nadzieję, że Tobie spodoba się ta powieść bardziej niż mnie. 

 
Czytaj dalej »

Pan na Wisiołach. Mroczne siedlisko

Piotr Kulpa

PAN NA WISIOŁACH. MROCZNE SIEDLISKO.

Wydawnictwo: Videograf
Rok wydania: 2014
Stron: 360
Oprawa: Miękka

Moja ocena: 7/10 – bardzo dobra



Pan na Wisiołach. Mroczne siedlisko” to pierwsza powieść dla dorosłych Piotra Kulpy, ponieważ w swoim dorobku miał do tej pory książki dla dzieci i młodzieży. Publikował też poezję, jest liderem zespołu muzycznego Mea Culpa, a także współzałożycielem duetu Apetyt na Czereśnie oraz amatorskiego teatru Grupa Propaganda. Co tu dużo pisać, człowiek z niego wybitnie uzdolniony i kreatywny, co wyraźnie widać w jego powieści grozy, dlatego że „Mroczne siedlisko” jest wyjątkową historią, nie tylko pod względem fabularnym, ale również językowym. Poetyckość opisów i umiejętność lirycznego ujęcia wrażeń jest niesłychana.

Bohaterami historii jest rodzina Smutów, chociaż Bogiem a prawdą nie tylko Smutowie zajmują znaczące miejsce w historii. Śmiało powiedzieć, że są na równi z mieszkańcami Wisiołów. Mieszkańcami oryginalnymi i przerażającymi, ale zacznijmy do początku. Do odziedziczonej po dziadkach chałupie w Starogórach przeprowadza się rodzina Smutów czyli Tymek – tato, były biznesmen, nie pijący alkoholik. Magda - zawiedziona mama, marząca o własnym gabinecie stomatologicznym, i Czaruś – dziesięciolatek, który w wyniku traumatycznych przeżyć przestał mówić. Nowy początek jest dla nich szansą na lepsze życie, każdy z domowników liczy, że problemy odejdą i spełnią się ich marzenia. Kłopot w tym, że już od pierwszego dnia nie układa się tak jak powinno. Mieszkańcy wsi, głównie sami staruszkowi, nie pałają sympatią do „nowych”. Nie w smak im zadawane przez Tymka pytania. Poza tym dziwne odgłosy, uczucie czyjejś obecności, niesiona z wiatrem muzyka skrzypiec, to wszystko nie nastraja optymistycznie nowych lokatorów, którzy coraz bardziej są przekonani, że przeprowadzka była jedną wielką pomyłką.

Piotr Kulpa. Zdjęcie pochodzi ze strony tarnowskiegory.naszemiasto.pl

Trudno się dziwić Smutom, że nie odnajdują się w zapomnianej przez Boga wsi. Zachowanie mieszkańców znacznie odbiega od normy, poza tym nawet jeśli seniorzy prowadzą, z pozoru, zwykłe rozmowy, to z całą pewnością ich podtekst może wprawić w konsternację postronnego słuchacza, a nawet wywołać ciarki na plecach. Ponieważ w Wisiołach nic nie jest takie, jakie się wydaje, co więcej nagromadzona w nich paranormalna atmosfera nie wróży nic dobrego, ewidentnie złe moce maczają palce we wszystkich wydarzeniach mających miejsce w otoczeniu nowych lokatorów, tyle że Smutom, do tej pory korzystającym z dobrodziejstw cywilizacji, trudno jest się pogodzić z ponurą naturą mieszkańców, ich przesądami i zachowaniami dalece odbiegającymi od normalnych. 

Bez dwóch zdań Kulpie udało się stworzyć świetny metafizyczny klimat, a nawiązania do wierzeń słowiańskich, to prawdziwy majstersztyk. Co ciekawsze obecna w historii groza, mimo że jest jawna, nie jest nachalna. Za to subtelnie zadrażnia, jak nocą ledwo słyszalny chrobot albo skrzypienie huśtawki w bezwietrzny dzień. Spora w tym zasługa poetyckiego stylu autora. Wiele fragmentów zniewala pięknymi opisami, które świetnie kontrastują z ostrym rysem bohaterów, szczególnie miejscowych zadymiarzy, w których wypowiedziach roi się od dosadnych wyrażeń. W powieści Piotra Kulpy nadnaturalne zdarzenia są nierozerwalnie związane z decyzjami z przeszłości. Płynie z nich pewna lekcja, bardzo wyrazista, która przestrzega przed zbyt łatwym wkroczeniem w mrok, z którego bardzo trudno jest się wyrwać. I mimo że XXI wiek nie skłania do wiary w upiory, przekleństwa, ani gusła, to kto wie, czy nie ma na tym świecie miejsc, które skrywa cień, nie pozwalając dostać się nadziei. Jeśli ciekawi Was koloryt Wisiołów, to proponuję przeczytać „Mroczne siedlisko”, gwarantuję, że będziecie zaszokowani wyczynami wiekowych dziadków i że spodoba się Wam rodzina Smutów, w której każdy z domowników ma swoje sekrety. Lektura jest na tyle absorbująca, że z chęcią sięgniecie po kolejny tom „Krzyk Mandragory”, ja na pewno tak zrobię, ponieważ autor intrygująco zakończył historię, a nic tak dobrze nie podkręca apetytu, jak suspens na zakończenie. 

Czytaj dalej »