Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Libroteka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Libroteka. Pokaż wszystkie posty

Wirus. Guillermo Del Toro, Chuck Hogan

Guillermo Del Toro, Chuck Hogan

WIRUS

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2014
Stron: 560
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami

Moja ocena: 7/10 – bardzo dobra



 
Lubię horrory, lubię okropieństwa, dziwadła, i sceny, w których krew leje się strumieniem. Lubię też wilkołaki i wampiry, oczywiście te paskudne i złe do szpiku kości. Dlatego bardzo ucieszyła mnie powieść „Wirus”, pierwsza część trylogii o wampirach, bardzo nietypowych wampirach. Domyślam się, że niektórzy na słowo wampiry reagują bleee, rozumiem, winię za to współczesną popkulturę, która z krwiopijców zrobiła błyszczących, wymuskanych chłoptasiów, samców o cud urodzie. Ale do „Wirusa” rękę przyłożył Guillermo Del Toro, człowiek o niesłychanej wyobraźni, fenomenalny reżyser i producent. Twórca takich filmów jak „Cronos”, „Mutant”, „Blade: Wieczny łowca II”, „Hellboy”, „Labirynt fauna”, „Pacifik Rim”, czy ostatnio obejrzanych przeze mnie „Strażników marzeń” - polecam. W każdym razie Del Toro to nie byle kto, stąd też i fabuła „Wirusa”, stworzona także przez Chucka Hogana autora „Miasta złodziei”, jest nietuzinkowa i daleka od schematów. Mocno się zaczyna i intrygująco kończy. 

 
W Nowym Jorku ląduje samolot z Berlina. Wszystko wydaje się w porządku. Lot jak i lądowanie przebiegało bez problemów. Jednak chwilę później wieża kontrolna traci łączność z boeingiem. W samolocie gasną światła, panująca w nim cisza przeraża. Ewidentnie coś jest nie tak, bardzo nie tak. Okazuje się, że z ponad dwustu osób na pokładzie przeżyły tylko cztery.  Władze obawiają się zagrożenia śmiertelnym wirusem. Zostaje wezwana ekipa z centrum zwalczania chorób. Przewodzi jej genialny doktor Ephraim Goodweather. W samolocie nie znaleziono żadnych toksycznych substancji. Jednak wygląd zmarłych osób jest mocno niepokojący, tak jak i zachodzące w ich ciałach metamorfozy. Tymczasem Nowy Jork szykuje się do zaćmienia Słońca. Nikt nie zdaje sobie sprawy, że to zjawisko będzie początkiem czegoś przerażającego, tak wielkiego, że światu będzie grozić zagłada. 

 
Nie wiem, jak Wam, ale mnie fabuła bardzo się podoba. Niby typowo, ale tak nie do końca. Sam fakt, że źródłem „zakaźnym” staną się pasażerowie samolotu, począwszy od gwiazd rocka, a skończywszy na kilkuletnich słodkich dziewuszkach, już działa na korzyść historii. Ponieważ nie ma to jak identyfikowanie się z bohaterami. Zwykłymi ludźmi, którzy przez przypadek zetknęli się ze złem w czystej postaci. Bo zło, nasz wampir numer jeden, jest wcieleniem tego co najgorsze. Autorzy stworzyli szkaradną istotę o fenomenalnej genezie pochodzenia, a także regułach działania. Już nie wspomnę o ich wyglądzie, który nie ma nic wspólnego z romantyczną wizją wampira, za to co nieco przypomina Draculę Stokera, ale tylko co nieco, bo jest zdecydowanie bardziej przerażający. W każdym razie w tej powieści wampir jest ohydztwem, z którym przyjdzie się zmierzyć dwóm lekarzom z Centrum Zwalczania i Prewencji Chorób: Ephowi i Norze, a także współczesnemu Van Helsingowi – Abrahamowi Setrakowi, którego historia zaczyna się przed II Wojną Światową. 

Bohaterowie odrobinę podpadają pod schemat, bo mamy do czynienia
Dr Eph i  Setrakow. Źródło
z mężczyzną któremu praca przysłoniła życie rodzinne, i teraz musi walczyć o opiekę nad ukochanym synem. Trafiamy też na wątek miłosny, jednak daleki od infantylnych westchnień, a także wszechwiedzącego staruszka, który jednak nie pozwala się zaszufladkować. Ich walka ze złem nie przypomina typowego uzbrajania się w wodę święconą, czosnek i krzyżyki, to nie ta bajka, ale w maczety i lampy ultrafioletowe. Zmagania z nową plagą są dynamiczne i przerażające, może nie na tyle, że włos się jeży, ale niektóre sceny, za sprawą doskonałych opisów, mrożą krew w żyłach. Tym bardziej że historia obfituje w niebezpieczne i zatrważające zdarzania, które mają sporą dawkę realizmu. Wiem, jak to brzmi, bo przecież wampir to legenda, ale... nigdy nic nie wiadomo. Twórcom „Wirusa” udało się zbudować ciekawy klimat i niegłupią opowieść. Może przypomina ona za bardzo scenariusz filmowy, jednak pomysłowe i intensywne wydarzenia oraz świetni bohaterowie niwelują to odczucie. Mnie powieść bardzo się podobała, z niecierpliwością będę czekać na kolejny tom. Bardzo polecam „Wirusa”, zwłaszcza osobom, które tęsknią za wizerunkiem wampira z legend i cenią sobie porywające intrygi. 


Tymczasem ja, żeby umilić sobie czekanie na kolejne części trylogii, zapewne obejrzę serial nakręcony na podstawie książki - „The Strain”. Muszę przyznać, że pierwszy odcinek przypadł mi do gustu, jestem ciekawa co będzie dalej, dlatego jeszcze dziś wieczorem podejrzę co u Epha i jego ekipy. Chętnie też dowiem się czy znacie i polecacie tę produkcję. 

Zwiastun serialu
 

Gify pochodzą ze strony http://www.mtv.com/news/1866630/the-strain-disgusting-gross-gifs/

Książkę otrzymałam od Księgarni Libroteka - WIRUS

Czytaj dalej »

Ostatni pasażer. Manel Loureiro

Manel Loureiro

OSTATNI PASAŻER

Wydawnictwo: Muza
Rok wydania: 2014
Stron: 480
Oprawa: Broszurowa ze skrzydełkami

Moja ocena: 6/10 - dobra





Motyw statku widmo jest wdzięcznym tematem, cieszy mnie to bardzo, bo należę do miłośników klasycznego horroru, z którym zjawy, duchy i imaginacje ewidentnie mi się kojarzą. Dlatego chętnie sięgam po wszelkie makabreski i historie ghost story. „Ostatni pasażer” Manela Loureiro, Pana od „Apokalipsy Z”, wydawał się dla mnie idealny, niestety kilka przesadzonych i przekombinowanych scen wprawiło mnie w zdziwienie i zdegustowanie, przez co historia co nieco straciła w moich oczach.

Manel Loureiro. Źródło
Wyjdźmy jednak od tego, że pomysł na fabułę jest przedni. Pod koniec sierpnia 1939 roku angielski węglowiec wpływa w gęste opary mgły. Następuje cisza, załoga truchleje, jakby siedzieli w trumnie. Po kilkudziesięciu metrach przed burtą ich statku ukazuje się dziób olbrzymiego transatlantyku o nazwie „Valkirie”. Trzej śmiałkowie wchodzą na pokład nieoświetlonego wycieczkowego statku. Jak się okazuje płynie on pod niemiecką banderą i nosi wyraźne ślady niedawnej obecności setek pasażerów, niestety odnajdują tylko noworodka owiniętego w tałes. Siedemdziesiąt lat później Kate, dziennikarka londyńskiej gazety, otrzymuje zadanie sprawdzenia przedziwnego projektu finansowanego przez jednego z najbogatszych ludzi. Okazuje się, że chodzi o „Valkirie”. Kobieta zostaje zaproszona na rejs odnowioną pięknością. Wyprawa zapowiada się ekscytująco, zwłaszcza że milioner ma w planach podróż  kursem z roku 1939.


Potencjał na ekstra powieść był, to pewne. Niepokojąca fabuła nawiązywała do najlepszych koncepcji tradycyjnej powieści grozy. Tak mniej więcej do połowy tej historii byłam nią totalnie zachwycona. Nadprzyrodzone motywy, które oczywiście bardzo cieszą; wszelkie skrzypienia, szurania, i dziwne odgłosy, bardzo mocno działały na wyobraźnię Poza tym świetna charakterystyka postaci, ciężki złowróżbny klimat, który można jeść łyżkami, i przepiękne opisy retro statku, czyniły z powieści perełkę. Niestety nic co dobre nie trwa wiecznie, bo nagle pojawiają się wątki z tanich romansideł, nie to żebym miała coś do ckliwych chwytów, ale uczynienie z widziadeł super kochanków, nie tylko na poziomie duchowym, ale i fizycznym, było dla mnie zbyt abstrakcyjne i na dodatek niepotrzebne. Zakładam też, że wplecenie w fabułę różowych scen, które wraz z rozwojem akcji stają się scenami szkarłatnymi, miało pokazać, że pisarz idzie z duchem czasu. Być może kolaż grozy z erotyką jest teraz w modzie, ale mnie to nie przekonuje, i żałuję, że tak potoczyła się ta historia. Ponieważ powieść o śmierci, opętaniu, i porażających czynach, rozgrywająca się w tajemniczej scenerii, w atmosferze grozy, w której widma i upiory odstawiają danse macabre, mogła być genialną i niepokojącą historią o tym, co niewytłumaczalne i niewybaczalne. Jednak mimo pewnych rozczarowań nie mogę powiedzieć, że źle bawiłam się przy tej książce, uważam też, że jeśli nie jest się drażliwym na dziwność niektórych tematów i na sentymentalne triki, to „Ostatni pasażer”, może dostarczyć wielu niezapomnianych wrażeń. Tym bardziej że stylowi pisania autora niespecjalnie można coś zarzucić. Historia jest dynamiczna, czytelna i łatwa w obiorze, w sam raz na kilka godzin niezobowiązującej rozrywki. 

Książkę otrzymałam od księgarni Libroteka - "Ostatni pasażer"
Czytaj dalej »

Dziesięć płytkich oddechów. K.A. Tucker

K.A. Tucker

DZIESIĘĆ PŁYTKICH ODDECHÓW

Wydawnictwo: Filia
Rok wydania: 2014
Stron: 420
Oprawa: Miękka

Moja ocena: 6/10 - dobra





Kacey Cleary, cztery lata temu, przeżyła dramatyczny wypadek. Sprawcą kolizji był pijany kierowca. To traumatyczne wydarzenie bardzo mocno odbiło się na jej życiu. Nie radząc sobie z bólem po utracie najbliższych, sięgała po różnego rodzaju używki, skupiła się też na przemocy i seksie. Na szczęście miłość do młodszej siostry, Livie, sprawiła, że Kacey podjęła decyzję o zmianie swojego życia. Wraz z siostrą przeprowadza się do Miami. Nie jest łatwo w nowym miejscu, tym bardziej że nowy sąsiad, przystojniak Trent Emerson, zajmuje sporo jej myśli, a przecież nie ma ona na to ani ochoty (klituś-bajduś), ani czasu. Jednak przed zniewalającym uczuciem trudno się obronić, tylko czy mur, który stworzyła, by ochronić się przed bliskością, pozwoli jej uwierzyć w lepszy los. 
 
O „Dziesięciu płytkich oddechach” K.A. Tuker, powieści z serii new adult, ostatnio jest dość głośno. Większość czytelników zachwala powieść, toteż skuszona rekomendacjami podjęłam się poznania historii Kacey i cóż mogę rzec. Z całą pewnością nie jest to coś, czego się spodziewałam. Ponieważ jest to najzwyklejszy w świecie romans, z tym że w tle rodzącej się miłości, bo namiętność jest już na starcie, jest okropny dramat - wypadek, który bardzo mocno odcisnął się na psychice młodych ludzi. Traumatyczna sytuacja jest istotnym elementem tej powieści, bo ukazuje objawy zespołu stresu pourazowego. Muszę przyznać, że autorka dość dobrze odtworzyła jego skutki. Świetnie udało się jej zobrazować zmiany w psychice bohaterów, głównie w ich sposobie postrzegania świata. Ta strona książki jest znakomita, żałuję tylko że Tucker umniejszyła problem, co prawda akcentuje konieczność korzystania z pomocy doświadczonego psychoterapeuty, ale również pokazuje, że namiętność, wręcz zwierzęcy pociąg, jest w stanie wyleczyć człowieka ze wszystkich lęków. Mnie to nie przekonało, co więcej trochę zirytowało. Zwłaszcza że miałam problem z polubieniem Kacey, aż dziw bierze, że mimo jej niewyparzonego języka i zdystansowanej postawy, aż tyle osób do niej lgnie. Dziewczyna jest zakręcona na punkcie swojego boskiego sąsiada, głównie skupia się na jego wyrzeźbionym ciele i kobaltowych oczach. Jej monologi wewnętrzne na widok jego seksownego wyglądu, to niezła, choć żenująca zabawa. Tak naprawdę Trent jest przedstawiony bardzo powierzchownie, nic o nim nie wiemy, oprócz tego że jest chodzącym feromonem, wpatrzonym w Kacey. Mimo że fabuła ma trochę zagadek, to jednak historia jest przewidywalna; jest Ona – poraniona i On – chcący ją ratować. Chyba nic więcej nie trzeba dopowiadać.

Być może niektórych dziwi, że książka mimo tych wad, dostała ode mnie dobrą oceną. Już wyjaśniam. Powieść „Dziesięć płytkich oddechów” była dla mnie rozrywkową lekturą, dlatego pomimo drażniących motywów, podobała mi się jej dynamika, nawet jej naiwne przesłanie, że miłość wyrwie nas z każdego dramatu, przypadło mi do gustu. Zakochałam się również w kilku postaciach m.in. w uroczej i serdeczniej Storm, cudownym aniołku Mii, i w szczerej i kochanej Livie. Podobała mi też więź łącząca tych bohaterów, ich poczucie humoru i oddanie. Na zmysły zadziałało również nocne życie Miami i co tu dużo mówić, zmysłowa strona tej historii. Erotyczna gra między głównymi bohaterami jest subtelna i kokieteryjna co sprawia, że książka ma frywolny charakter, który na pierwszy rzut oka nie pasuje do tragicznych doświadczeń bohaterów, jednak zestawienie wielkich namiętności z wielkimi nieszczęściami sprawdziło się, przynajmniej w moim przypadku. Dlatego zachęcam do przeczytania powieści, tym bardziej że niebawem ukaże się drugi tom „Jedno małe kłamstwo”.

Książkę otrzymałam od Księgarni Libroteka - "Dziesięć płytkich oddechów"
Czytaj dalej »

Pochłaniacz. Katarzyna Bonda


Katarzyna Bonda

POCHŁANIACZ

Wydawnictwo: Muza
Rok wydania: 2014
Stron: 672
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami

Moja ocena: 7/10 – bardzo dobra


 
Bałam się czytać „Pochłaniacza”, głównie dlatego że nastroiłam się na niego ogromnie i obawiałam się, że niestety mocno się nim rozczaruję, zwłaszcza że od czasu do czasu trafiałam na mocno zdystansowane opinie. Tak więc mój egzemplarz sobie leżał, leżał, aż postanowiłam, że raz kozie śmierć. Co się okazało? Ano to, że powieść przypadła mi do gustu, do tego stopnia, że kiedy nie mogłam czytać, to z wielkim ociąganiem odkładałam „Pochłaniacza”, bo mimo że nie jest najdynamiczniejszy, to jednak intryga kryminalna tak mnie pochłonęła, że przepadłam.

Fabuła jest dość skomplikowana, wielowarstwowa. Liczni bohaterowie powiązani są ze sobą w sposób ścisły i intrygujący, a czynnikiem, który stworzył tę współzależność było pewne wydarzenie z przeszłości. Teraz, po dwudziestu latach od feralnego dnia, zaczynają pojawiać się pewne niepokojące zdarzenia, w które zostanie wkręcona profilerka Sasza Załuska. Kobieta, po dość długiej nieobecności, wraca do Polski i od razu otrzymuje zlecenie. Sprawa okazuje się mocno zagmatwana. Pojawiają się liczne znaki zapytania, a trop wskazuje na działania mafii, która w latach dziewięćdziesiątych trzęsła Trójmiastem. Niełatwo będzie Saszy wgryźć się w temat i uzyskać jakiekolwiek informacje, bo Ci, którzy mogą coś wiedzieć o zbrodni sprzed lat milczą jak zaklęci, ewentualnie tracą pamięć.

 Bonda na wysokościach ;-)

Katarzyna Bonda, autorka m.in. takich powieści jak „Polskie morderczynie” czy „Zbrodnia niedoskonała”, wykonała kawał dobrej roboty. Jej profesjonalne podejście do tematu sprawiło, że stworzyła genialną intrygę, która ukazuje konsekwencje błędów młodości. Tajemnicą nie jest, że każda podjęta decyzja, prowadzi do pewnych zmian w życiu, nie zawsze tych właściwych. Skutki takich niewłaściwych wyborów ponoszą bohaterowie „Pochłaniacza”. To właśnie im Bonda poświęca najwięcej uwagi. W tej historii nikt nie został przeoczony, każdy z bohaterów może się poszczycić wyjątkowym życiorysem, przedstawionym z wielką wnikliwością. Może się to podobać lub nie, mnie się podobało, ponieważ cenię sobie nietuzinkowych bohaterów i drobiazgowe analizy psychologiczne. Chyle też czoła przed autorką za ukazanie pracy policji, szczególnie tej dotyczącej oględzin miejsca zdarzenia, a także działań operacyjnych. Poza tym oddanie nastrojów śledczych jest niesłychane, ich żargon, rytm pracy i koneksje są ukazane w sposób bardzo interesujący i niezwykle realny. Cóż więcej mogę dodać, może jeszcze to, że powieść jest bardzo zgrabnie napisana, a samo śledztwo jest majstersztykiem, bo chociaż czytając zakończenie można powiedzieć „no przecież to takie oczywiste”, to jednak tak zakręcić czytelnikiem, żeby nie wpadł na rozwiązanie dużo wcześniej niż te kilka stron przed finałem (podziwiam tych, którzy piszą, że powieść jest przewidywalna, bo dla mnie nic nie było oczywiste), mało komu się udaje. 

Pochłaniacz” bardzo, ale to bardzo mi się podobał, dlatego zachęcam Was do poznania tej książki, ale ostrzegam, jeśli szukacie w kryminale popisowych akcji, dynamicznego toku wydarzeń i pobieżnych opisów bohaterów, to raczej nie podejmujcie się tej historii. Dlatego że powieść nie jest powierzchniową lekturą. Mnóstwo w niej wątków, głębokich przemyśleń, dogłębnych opisów bohaterów i pracy policji. Moim zdaniem powieść Bondy, to książka dla smakoszy słowa, którzy zachwycają się zdaniami, długimi relacjami, i skomplikowanymi emocjonalnymi powiązaniami. 

"Pochłaniacz" (Powietrze) jest pierwszym tomem czterech żywiołów Saszy Załuskiej. 
W przygotowaniu:
"Okularnik" (Ziemia)
"Lampiony" (Ogień)
Czerwony pająk" (Woda) 

Strona autorki  http://katarzynabonda.pl/
 

Książkę otrzymałam od księgarni Libroteka - „Pochłaniacz” 

Czytaj dalej »

Cięcie. Veit Etzold

Veit Etzold

CIĘCIE

Wydawnictwo: Akurat
Data: 2014
stron: 542
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami

Moja ocena: 7/10 – bardzo dobra




Uwielbiam thrillery, zwłaszcza te krwiste, dlatego gdy w zapowiedziach wydawnictwa Akurat pojawiło się „Cięcie” - debiutancka powieść Veita Etzolda, to niech się wali pali, ale musiałam tę książkę mieć. Udało się, mam, co więcej jestem z niej bardzo zadowolona, chociaż obawiałam się, że jej fabuła nie spełni moich oczekiwań, dlatego że liczne pozytywne recenzje maksymalnie podkręciły mój apetyt i tak naprawdę byłam nasycona zanim zaczęłam jeść. Na szczęście opisana historia, jak i genialna okłada idealnie wpasowały się w mój gust.

Etzold stworzył ciekawą historię z bohaterami, którzy - dzięki swej złożoności - są niewyczerpanym źródłem inwencji, czyli z seryjnym zabójcą i poturbowaną psychicznie policjantką. Na pierwszy rzut oka, taka obsada to żadna nowość, ale jeśli w fabułę wprowadzi się uatrakcyjniające elementy, w tym przypadku interesujący portret psychologiczny socjopaty, ogłupiające i amoralne działania reality show, i zagadnienia związane z działaniem sieci internetowej, to dostaniemy coś, co nie tylko sprawia, że cierpnie skóra, ale też dostarcza wiedzy z zakresu informatyki i uzmysławia, że cały ten internet, będący synonimem wolności, jest doskonałym miejscem dla szaleńców, którzy wykorzystują go do swoich niecnych planów.

Bezimienny jest właśnie takim osobnikiem, inteligentnym potworem, który wyszukuje swoje ofiary za pomocą Facebooka. Zdobywa o nich jak najwięcej informacji i kiedy już „przechwyci” ich dane i zwyczaje, to zabiera im życie. Ostanie chwile takich osób, to makabra w najgorszej postaci, którą oprawca nagrywa i przesyła pani nadkomisarz Clarze Vidalis z Policji Kryminalnej w Berlinie. Śledztwo toczy się sprawnie, nawet ciut za łatwo idzie policji rozszyfrowywanie seryjnego zabójcy, który prowadzi z nimi makabryczną grę, ale to, co w kolejnych etapach zostaje odkryte, sprawia, że wszelkie teorie, rozsądek i granice wytrzymałości biorą w łeb.

Veit Etzold. Źródło
Wielką zaletą tej powieści, jest zwrócenie uwagi na nieograniczony potencjał internetu i na naiwność jego użytkowników, a zwłaszcza tych, którzy bezmyślnie relacjonują swoje życie w najpopularniejszych serwisach społecznościowych. Nie wiem czy słyszeliście, ale ceniony psycholog sądowy Kerry Daynes w jednej ze swoich prac „Psychopata w twoim otoczeniu. Jak go rozpoznać i bronić się przed nim”, notabene opinia o tej książce jest u mnie czytana najczęściej, informuje, że 210 milionów ludzi wykazuje zdolności psychopatyczne, czyli jeśli na Facebooku ktoś ma 100 znajomych, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że jedna z nich kwalifikuje się na psychopatę, szokujące? bardzo. Mimo to niektórzy nie mają problemów z obnażaniem swojej prywatności, z całą pewnością nie miały jej ofiary Bezimiennego, który z łatwością namierzał takie istoty i je wybebeszał, bo w obecnych czasach, kiedy nie pielęgnuje się związków w realu, kto by się tam martwił, że sąsiada od tygodni nie widać. Na tego typu relacjach, tych bezosobowych, bazuje ta powieść, dlatego historia tak bardzo przeraża, bo ma sporą dawkę realizmu. Poza tym, autor nie szczędzi dobitnych opisów zbrodni, a uwierzcie mi, te należą do jednych z bardziej oryginalnych, a zarazem, i makabrycznych jakie czytałam, jednak to nie tła zabójstw straszą, a wspomniana łatwość wytropienia drugiego człowieka.

Cięcie” bardzo mi się podobało, ale powieść ta zawiera również schematyczne elementy, które mogą drażnić. Wielokrotnie miałam wrażenie takiej akademickości, ponieważ w książce jest wszystko to, co tego typu literatura mieć powinna, jakby wykorzystano szablon do pisania tej historii, to trochę irytujące, podobnie jak ciągłe i skrupulatne wyjaśnianie informatycznych meandrów, jak również przedwczesne naprowadzenie na przeszłość zabójcy, którego geneza powstania jest również typowa. Jednak tajemnica i charakterystyka Bezimiennego oraz wspomnienia Clary i jej próby dotarcia do prawdy, sprawiły, że powieść dobrze się czyta, szczególnie że historia jest dynamiczna i emocjonalna, dlatego polecam ją miłośnikom mocnych treści. 
  
Książkę otrzymałam od księgarni Libroteka.pl - "Cięcie"
Czytaj dalej »

Suknia ślubna, Pierre Lemaitre

Pierre Lemaitre

SUKNIA ŚLUBNA

Wydawnictwo: Muza
Data: 2012
Stron: 278
Oprawa: Miękka

Moja ocena: 8/10 - rewelacyjna





Pierre Lemaitre na początku listopada minionego roku, został laureatem Nagrody Goncourtów, najbardziej prestiżowego wyróżnienia literackiego we Francji. Na naszym rodzimym rynku znany jest z trzech powieści: „Zakładnika”, „Sukni Ślubnej” i od dość niedawna „Alex”. To właśnie „Alex” sprawiła, że zostałam zarażona lemaitryzmem. Dlatego gwałtem musiałam przeczytać coś, co wyszło spod pióra tego autora, padło na „Suknię ślubną” i cóż mogę o tej książce napisać, jest znakomita! W sumie na tym powinnam zakończyć, a słowo „znakomita” podkreślić co najmniej pięć razy, dać z dziesięć wykrzykników, niech to mówi samo za siebie, ale nie zrobię tak, bo do lakonicznych osób się nie zaliczam. 

Jeśli komuś są znane prace Lemaitre, to wie, że intrygi tego autora do najprostszych nie należą. Multum w nich tajemnic, niezrozumiałych zdarzeń i szokujących informacji. W jego książkach nic nie jest takie, jakie się wydaje, nawet jeśli jesteśmy przekonani, że nasz trop jest słuszny, to zazwyczaj daleko nam do rozwiązania zagadki. „Suknia ślubna” wydaje się być powieścią bardzo klarowną. Sophie - piękna, młoda kobieta, świeżo poślubiona, jest chodzącym szczęściem, ale jej cudowną stabilizację zaczynają burzyć pewne niepokojące incydenty, a to gubi klucze, a to zapomina gdzie zaparkowała samochód, zaczyna przegapiać istotne terminy w kalendarzu, gubi się we własnych mejlach. Tego typu zdarzeń jest cała masa. Sophie zaczyna podejrzewać u siebie chorobę psychiczną, tym bardziej, że z każdym dniem jej stan ulega pogorszeniu; dopadają ją stany depresyjne, a nawet chwilowa amnezja. Z radosnej kobiety staje się wrakiem człowieka, co gorsze zostaje wmieszana w brutalne morderstwa, jest jedyną podejrzaną. Sophie musi działać, tylko czy uda się jej wydostać z więzienia, jakim jest jej własna psychika.

Suknia

Książka jest fenomenalnie skonstruowana. Nieporadne, krótkie, ale jakże niepokojące zdania sprawiają, że czujemy się jak w imadle, okazuje się nagle, że nie tylko Sophie dopada depresja, ale również i nas, z tej przyczyny, że historia jest niesłychanie emocjonalna. Mnóstwo w niej lęku i cierpienia. Ból, bezsilność i rozpacz jest tak sugestywna, że kiedy skończyłam czytać tę powieść,  odetchnęłam z ulgą. To niesłychane z jakim wyczuciem autor porusza się po delikatnej psychologicznej strefie. Jego ocena stanów emocjonalnych bohaterów jest przerażająco trafna i jedynie czasami, bardzo rzadko, rodzi się w głowie pytanie, czy to w ogóle jest możliwe? Jak to jest, że nikt nie widział, nikt nie słyszał? Może i pewne kwestie są naciągane, ale to nic, gracja, wręcz piękno, z jaką Lemaitre opisuje szaleństwo Sophie, jest tak przejmująca i pociągająca, że niweluje ewentualny sceptycyzm. Zostajemy wciągnięci w spiralę obłędu i wraz z bohaterami bierzemy udział w diabolicznej rozgrywce, w którym zwycięzca musi być tylko jeden. Zachęcam do przeczytania tej książki, bo jest to niesamowita opowieść, która skutecznie wytrąca z równowagi i sprawia, że balansuje się na granicy zdrowia psychicznego

 Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości 
Czytaj dalej »