Diamentowy Plac, Mercé Rodoreda

Mercé Rodoreda

DIAMENTOWY PLAC

Wydawnictwo: Pascal
Data wydania: 2014
Stron: 320
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami

Moja ocena: 6/10 - dobra




Diamentowy Plac” Mercé Rodoredy po raz pierwszy ukazał się w 1962 roku. Książka, po kilku nieudanych próbach zaistnienia, zyskała sławę, przetłumaczono ją na ponad 30 języków i okrzyknięto arcydziełem literatury katalońskiej, ile w tym prawdy? Trudno powiedzieć, bo jest to powieść specyficzna, która potrafi i znudzić, i zadziwić, i zafascynować. Poza tym jej psychologiczny wydźwięk, jak również symbolika i metaforyczność nie zawsze ułatwia czytanie, mimo to warto poznać historię Natalii, młodej kobiety reprezentującej wiele innych istot, które przeżyły dramatyczny czas, wojnę domową w Hiszpanii. 

Scena ze sztuki teatralnej na podstawie powieści "Diamentowy Plac". Źródło.
Akcja dzieje się w Barcelonie, w latach 30. ubiegłego wieku. Młodziutka Natalia zostaje namówiona przez swoją przyjaciółkę Julietę na tańce na Diamentowym Placu. Tam poznaje Quimeta o małpich oczkach, który na placu pełnym pestek po arbuzach, skórkach i butelek od piwa, oświadcza, że nie minie rok, jak zostanie jej mężem. Prorocze okazały się słowa Quimeta. Natalia, a właściwie Colometa, bo tak nazwał ją jej oblubieniec zostaje jego żoną, po dłuższym czasie również matką. Młoda mężatka przejmuje na siebie wszystkie obowiązki domowe i cierpliwie znosi hobby swojego męża – hodowlę gołębi. Niestety niepewna sytuacja polityczna-gospodarcza burzy codzienny rytm, zaczyna im brakować na życie, aż przychodzi czas, kiedy Quiment podejmuje decyzję brzemienną w skutki.

Pomnik Colomety na Diamentowym Placu w Barcelonie. Źródło 
Autorka w posłowiu napisała „chciałam, żeby była to powieść kafkowska, bardzo kafkowska, i oczywiście absurdalna, i pełna gołębi. Chciałam, żeby te gołębie dławiły główną bohaterkę od samego początku do końca”[str.8] Bez wątpienia udał się zamysł Rodoredy. Jej bohaterka, bardzo prosta dziewczyna, opisująca siebie jako zwykłą osobę, nie różniącą się od innych ludzi, umiejącą pisać i czytać, a także pracować i być pożyteczną, zostaje stłamszona przez dominującą, wręcz apodyktyczną osobowość męża, i gołębie obijające się o ściany jej niewielkiego mieszkania. Colometa zatraca swoją tożsamość, całkowicie poddaje się Quimetowi, symbolizując konwencję epoki, która od kobiety wymagała jedynie trwania przy mężu i spełniania jego zachcianek, ale tak naprawdę to kobiety brały na swoje barki największe trudy, to one rezygnowały ze swoich pragnień i walczyły o byt swojej rodziny. Taka właśnie jest Colometa, być może na pierwszy rzut oka bardzo naiwna, niedoświadczona, zwracająca uwagę na drobiazgi, jak choćby na białe filiżanki do czekolady, ale to właśnie ta krucha istota mierzy się z życiem. To ona ulega metamorfozie, z nieśmiałej dziewuszki staje się kobietą, która stawia czoło brutalnej rzeczywistości, jednocześnie nie przestaje marzyć i tęsknić za beztroską, i miłością.

Nie mogę powiedzieć, że sprawnie czytało mi się tę książkę. Nie do końca odnalazłam się w specyficznym stylu autorki, która tej historii nadała wiele znaczeń i ozdobiła ją w liczne detale: dzwonki, frędzle, plisowane spódnice, złote guziki, klipsy, kwiaty, druciki i itd. itp. W tej powieści wszystko żyje, wszystko wydaje dźwięki, mnóstwo jest kolorów i materii, ale to jest do zaakceptowania, bo ma znaczenie i swój specyficzny urok. Mnie drażnił prosty język, zdaję sobie sprawę, że odzwierciedlał on charakter narratorki – Colomety, ale mimo to jej tendencja do relacjonowania banałów bywa uciążliwa. Absolutny zachwyt przeżyłam w drugiej połowie książki, być może tak miało być, może zderzenie zwykłej rzeczywistości z koszmarem wojny miało ukazać piękno zwykłych dni i zobrazować wpływ dramatycznych wydarzeń na życie normalnych ludzi. Bez dwóch zdań „Diamentowy plac” to piękna, ale też wymagająca powieść, która wzbudza emocje i na długo zostaje w pamięci. Jeśli nie boicie się ukrytych znaczeń, nie macie nic przeciwko zaglądaniu bohaterom w dusze i nie straszne Wam psychologiczne rozterki, to jest to dla Was książka idealna. 
 
Czytaj dalej »

Ziarno prawdy. Zygmunt Miłoszewski

Zygmunt Miłoszewski

ZIARNO PRAWDY

Wydawnictwo:W.A.B
Data wydania: 2011
Stron: 398
Oprawa: Miękka

Moja ocena: 8/10 - rewelacyjna




Zygmunt Miłoszewski to pisarz, który zachwycił mnie zdolnością do tworzenia wyrafinowanych i intrygujących historii kryminalnych, które podobnie jak kryminały skandynawskie mają mocno rozwinięte tło obyczajowe. Rozumiem, że nie każdemu to w smak, ponieważ zdarza się, że i mnie irytuje zbyt mocno wyeksponowany wątek społeczny w opowieści, w której trup powinien być głównym bohaterem przedstawienia. Jednak Miłoszewski ma dar do opowiadania, do poruszania ciekawych kwestii i do układania zadziwiających relacji, dzięki czemu jego książki czyta się rewelacyjnie. Odczucie absolutnego zachwytu dopadło mnie po „Uwikłaniu”, dlatego aby nie ochłonąć zanadto, od razu wzięłam się za „Ziarno prawdy”, któremu zarzucić w sumie nic nie mogę, bo raz, że mam wielką słabość do prokuratora Szackiego, od razu uprzedzam, że nie tylko ja jestem wrażliwa na tę wyjątkową personę, którą jeden z bohaterów określa jako połączenie Gary'ego Coopera i Clinta Eastwooda, a dwa, fabuła, w którą wpleciono przerażające zabójstwa i żydowskie rytuały zafascynowała mnie ogromnie.

Zygmunt Miłoszewski
Albert Zawada/Agencja Gazeta. Żródło.
Teodor Szacki - znakomity prokurator, po wielu perturbacjach rodzinnych trafia do Sandomierza, to urocze miasteczko ma być dla niego oazą spokoju. Jednak z czasem sielankowy Sandomierz zaczyna mu się jawić jako dziura zabita dechami, w której każdy zna każdego, a on jako przyjezdny budzi tylko niepokój i nieufność. Poza tym stagnacja zawodowa nie nastraja go optymistycznie, ale zimny kwiecień niesie za sobą zmiany. Tuż po Wielkanocy, pod murami starej synagogi zostaje zamordowana powszechnie znana i lubiana działaczka społeczna o nieskazitelnej reputacji. Szacki przejmuje śledztwo, niechętnie, ale jednak pomaga mu prokurator Barbara Sobieraj, była przyjaciółka denatki, i stary inspektor Leon Wilczur. Szybko okazuje się, że niewielki Sandomierz ma wiele tajemnic, zaś w jego mieszkańcach jest mnóstwo uprzedzeń, a zwłaszcza dotyczących żydowskich przesądów i legend krwi. Rozdmuchana przez media aura zabójstwa wywołuje w mieszkańcach histerię, głównie związaną z żydowskim rytualnym mordem, który prezentuje znajdujący się w sandomierskiej katedrze obraz Karola de Prevot.

Historia stworzona przez Miłoszewskiego jest niezwykle wciągająca, gdyż bardzo odważny temat, budzi wiele kontrowersji, tym bardziej że fabuła zawiera kilka odniesień do autentycznych zdarzeń. Dlatego „Ziarno prawdy” wywołuje silne emocje, może nawet nie tyle przez same zbrodnie, które swoją drogą należą do obrzydliwych i przerażających, ale ze względu na ksenofobię, która w tej książce przybiera haniebny charakter. Może wydawać się to nieprawdopodobne, a jednak takie uprzedzenia, taka wrogość, i taki lęk przed Żydami w niektórych miejscach świata są prawdziwe. O tym właśnie pisze Miłoszewski, a robi to w sposób śmiały i zajmujący. Co się tyczy bohaterów, to z nimi bywa różnie, najczęściej to oryginały jakich mało jak np. pani sędzia, która pod togą skrywa ciało dziewczyny z rozkładówki, czy np. szefowa policji pieszczotliwie zwana Misią, będąca mistrzynią w sztuce kulinarnej. Nie mam też nic do zarzucenia Szackiemu, co prawda w tej części jest lekko rozmemłany, ale chłopisko ma tak wiele problemów osobistych, że wcale nie dziwię się jego nastrojom i swobodzie seksualnej, wszak wolny z niego osobnik, a rozpacz gdzieś musi rozładować. Mnie jedynie trochę przeszkadzał obraz Sandomierza, który został przedstawiony niezbyt ciekawie, ubrano go w zapuszczone i brzydkie szaty. Jednak pomimo tego, albo dzięki temu, ciągnie mnie do Sandomierza, bo jest to miasto z ciekawą historią, którą warto poznać. Poza tym wiem, że te paskudne opisy miasteczka to celowe działanie, które ma pokazać, po raz kolejny, stereotypowe myślenie.

Polecam wywiad w Zbrodnia w Bibliotece
Słowem podsumowania. Bardzo podobało mi się „Ziarno prawdy”, nie dziwie się, że za tę książkę autor otrzymał Nagrodę Wielkiego Kalibru, bo jest to niezwykła powieść, którą nie tylko można nazwać świetną rozrywką, ponieważ zagadek w niej mnogo, jest też wątek romansowy i zaskakujące zakończenie, ale też dlatego że taka lektura wywołuje polemikę, sprawia, że zaczynamy się zastanawiać nad wieloma zagadnieniami i nie raz, pod wpływem tej historii, ze wstydem spojrzymy na pewne nasze zachowania, czy też na narodowe przywary. Jak można się domyśleć jestem pod wielkim wrażeniem tej książki i z niecierpliwością oczekuję na kolejny tom „Na czerwonej ziemi”, wierząc, że i ta powieść dostarczy mi wielu wrażeń. Bardzo zachęcam do poznania cyklu kryminalnego, którego bohaterem jest wyjątkowa osobistoć - Teodor Szacki, doskonale charakteryzowana przez  ten opis "Rzeczowy, ale nie małomówny. Profesjonalny, ale nie zimny. Zdystansowany, ale nie chamski. Spokojny, ale nie czujny. Obcy, ale budzący zaufanie. Teodor Szacki taki właśnie był. Dumny szeryf, który wiele widział i wiele wie, ale nie ma potrzeby, żeby o tym opowiadać" [str. 280] 


Czytaj dalej »

Giń. Hanna Winter

Hanna Winter

GIŃ

Wydawnictwo:Fabryka Słów
Data wydania: 2012
Stron: 296
Oprawa: zintegrowana

Moja ocena: 5/10 - przeciętna



Laura wraz z kilkuletnią córką mieszka w Berlinie, tam też kobieta spełnia swoje marzenie, otwiera kawiarnię. Po zamknięciu, w drodze do domu, zostaje zaatakowana przez mężczyznę, który rani ją nożem, na szczęście w ostatniej chwili Laurze udaje się użyć paralizatora, dzięki czemu uwalnia się i ucieka. Następnego dnia odwiedza ją policja, która informuje, że napad pasuje do działania seryjnego zabójcy od bardzo dawna działającego na terenie miasta, który na pewno jej nie odpuści. Jakby na potwierdzenie, jeszcze tego samego dnia, na ścianie kawiarni Laura odkrywa napis „Dorwę cię, dziwko!” Policja radzi kobiecie, aby wyjechała i się ukryła. Jednak czy zmiana nazwiska i adresu sprawi, że Laura będzie się czuć bezpieczna?

Powieść Hanny Winter „Giń” była dla mnie książką z cyklu „chodzę za tobą i nie chcę się odczepić”. Ten tytuł jak mało który wrył mi się w pamięć, a może nie tyle tytuł, co promocja powieści. Jej recenzje zaatakowały blogi i portale, wszędzie, dosłownie wszędzie trafiałam na tę książkę. Nastroiłam się na nią ogromnie i niestety... lekko się rozczarowałam, bo mimo że historia niegłupia, mimo że czyta się ją bardzo sprawnie, to jednak fabuła w pewnym momencie wymyka się autorce z rąk i zaczyna żyć dziwnym niekontrolowanym rytmem. Poza tym opis na książce On zabija regularnie, z wielką precyzją planując kolejne zbrodnie. Nieuchwytny niczym zły duch, łaknący następnych mordów i bezlitosny jak demon, bestialsko torturujący kobiety jak Kuba Rozpruwacz i zimny jak sama śmierć!” sugeruje, że będziemy mieć do czynienia z makabryczną historią, w której nie będzie brakować opisów z koszmarnej kuchni psychola. Nic z tych rzeczy, kilka „barwnych” opisów jest wszystkim co dostaniemy, autorka tylko drażni i osobników łaknących mocnych wrażeń pozostawia w niedosycie. 

Jednak mój główny zarzut dotyczy tego, że ciekawy wstęp, jak i rozwinięcie historii, na dodatek historii, która zawiera przyjemny dreszcz niepokoju, zostały zdominowane przez paradoksalne zakończenie, w którym dziwnym trafem znaleźli się prawie wszyscy bohaterowie, którzy oczywiście wcześniej błądzili jak ślepcy we mgle, ale jak widać mgła się rozstąpiła, bo jeden po drugim trafili do „tajemniczego” miejsca będącego sceną groteskowej rozgrywki. Nie wiem dlaczego Winter aż tak popuściła wodze fantazji, bo w sumie jej powieść przez długi czas przedstawiała bardzo realistyczną i wieloznaczną historię, z ciekawie zarysowanymi postaciami, włącznie z oryginalnym i intrygującym życiorysem zabójcy, a także z atrakcyjną atmosferą i gdyby nie to nieszczęsne zakończenie, to „Giń” śmiało by można było uznać za dobry dreszczowiec, niestety mnie ten niefortunny finisz popsuł wszystko, jestem zdegustowana, dlatego w jakiś szczególny sposób nie będę polecać tej książki, ale jeśli macie ochotę ją przeczytać, to wzbraniać się nie należy. 

Czytaj dalej »

Kiedyś cię odnajdę. Małgorzata Rogala

Małgorzata Rogala

KIEDYŚ CIĘ ODNAJDĘ

Wydawnictwo: Replika
Data: 2014
Stron: 280
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami

Moja ocena: 6/10 – dobra




W maju 2002 roku, w blokowym mieszkaniu, ktoś gwałci i zabija kobietę. Niestety nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał. Śledztwo utkwiło w martwym punkcie i sprawę umorzono. Dziesięć lat później Weronikę, córkę ofiary, spotyka kolejny dramat, jej przyjaciółka Olga ginie w podobnych okolicznościach. Dochodzenie prowadzi Szymon Pawelec, jednak Weronika jest zdegustowana brakiem postępów w śledztwie i zamierza wziąć sprawy w swoje ręce. Dziewczyna sądzi, że jej przyjaciółkę zabił ktoś z byłych współpracowników. Weronika zatrudnia się w szkole - byłym miejscu pracy Olgi i zaczyna prowadzić niebezpieczna grę, w której stawką będzie jej życie. 

 
Małgorzata Rogala autorka również powieści „To, co najważniejsze” napisała ciekawy i wciągający kryminał z elementami romansu, który jest bardzo absorbującą lekturą. Książka nie posiada wyszukanej i zawiłej intrygi, nie szokuje też makabrycznymi opisami, ani nie przedstawia skomplikowanych relacji, a jest historią, która dzieje się w sposób bardzo naturalny, spontaniczność mocno jest widoczna w zachowaniach bohaterów i ich reakcjach. W historii nie ma przerysowania, za to można trafić na zajmujące prywatne śledztwo i zaskakujące korelacje, a także na ciekawie ujętą problematykę takich zagadnień jak szkolnictwo, wychowanie, i przemoc seksualna. Autorka nie epatuje wyświechtanymi frazesami, a jeśli nawet, to robi to bardzo subtelnie, jej styl jest estetyczny i przyjemny. Może się wydawać, że taka maniera nie służy kryminałowi, ale nic z tych rzeczy. Powieść zawiera sporą dawkę tajemniczości, szczególnie dotyczącą tożsamości mordercy, i niepokoju, bo ofiar przybywa, a nasza bohaterka – Weronika coraz mocniej depcze psychopacie po piętach. „Kiedyś cię odnajdę” to historia, w której bywa nerwowo, groźnie, sympatycznie, ale też pouczająco, a co najważniejsze, powieść idealnie wpisuje się w gatunek, dzięki czemu miłośnicy typowych kryminałów, takich trochę w stylu soft, nie powinni być zawiedzeni.  Szczerze polecam ten tytuł, bo gwarantuje on kilka godzin dobrej rozrywki. 
 
Książkowa melodia - dźwięk pozytywki "Kołysana" Brahmsa.

            
Czytaj dalej »

Iceman: Historia mordercy

Anthony Bruno

ICEMAN: HISTORIA MORDERCY

Wydawnictwo: Znak Literanova
Data: 2013
Stron: 320
Oprawa: Miękka

Moja ocena 7/10 – bardzo dobra




Książka Anthony'ego Bruno „Iceman: Historia mordercy” leżakowała u mnie już dłuższy czas. Trochę to do mnie nie podobne, bo mam dziwne hobby - fascynację osobowościami psychopatycznymi, więc raczej na bieżąco staram się „dokształcać” w tym temacie, nie wiem jak to się stało, że akurat ta pozycja skutecznie mi się ukryła, ale w czeluściach mojej biblioteczki o to nie trudno, w każdym razie co się odwlecze to nie uciecze.

            Richard Kukliński - Źródło
Iceman: Historia mordercy” to historia Richarda Kuklińskiego – Amerykanina o polskim pochodzeniu, pracującego jako płatny zabójca na usługach mafii. Kukliński działał przez ponad 30 lat, w ciągu swojej „kariery” zabił ponad 200 osób, jednak tak naprawdę nie jest znana liczba jego ofiar, ponieważ dla Kuklińskiego mordowanie nie było czymś, co należałoby w jakiś sposób celebrować, ot! zabijał i – powiedzmy - zapominał. Anthony Bruno znalazł dowody na 34 zabójstwa, ale Kukliński osądzono za zabicie tylko czterech osób za co otrzymał (w 1986 roku) dwa wyroki dożywocia. Skazaniec zmarł w 2006 roku, w wieku 70 lat, prawdopodobnie z przyczyn naturalnych, jednak istnieje prawdopodobieństwo, że zatruł się kadmem.

Anthony Bruno przeprowadził z Kuklińskim wiele rozmów, dlatego jego książka jest jedną z najbardziej rzetelnych prac dotyczących życia psychopaty. Większość postaci w tej historii jest autentyczna, a dialogi oparte są na prawdziwych tajnych nagraniach, które wykorzystano do oskarżenia Kuklińskiego. Książka napisana jest z perspektywy oddziału śledczego, utworzonego w celu zatrzymania "Ice Mana", który swój przydomek otrzymał ze względu na to, że swoje ofiary często zamrażał i do dopiero po wielu miesiącach porzucał ciała w różnych miejscach, dezorientującym tym policję. Oczywiście Kukliński do zabijania wykorzystywał pełną paletę metod, włącznie z topieniem żywych ludzi w stygnącym betonie, lecz do jego ulubionych sposobów należał cyjanek i dwustrzałowy deringer. Mimo że historia skupia się głównie na śledztwie służącym do zdemaskowania Kuklińskiego, to w książce umieszczono również retrospekcje z jego morderczych wyczynów. 

    Kadr z filmu "Iceman. Historia mordercy". Na zdjęciu Michael Shannon jako Kukliński. Źródło
Mnie postać Kuklińskiego co nieco kojarzy się z postacią z „Dextera” z trójkowym mordercą, głównie dlatego, że Kukliński cenił sobie rodzinę. Sam wychował się w patologicznym, pozbawionym ciepłych uczuć domu. Najstarszy jego brat zginął z ręki ojca, inny zgwałcił i zabił 12-letnią dziewczynę. Te makabryczne doświadczenia najprawdopodobniej pobudziły skłonności sadystyczne u nastoletniego Richarda i niestety zaczęło się klasycznie, czyli od znęcania się nad zwierzętami. Później nastąpiła gwałtowna eskalacja przemocy, 14 -letni Kukliński zakatował swojego kolegę, który nad nim się znęcał. Wydarzenie to nakręciło całą machinę przemocy. Kukliński stał się potworem, człowiekiem bez sumienia, bez uczuć, który wkroczył na ścieżkę, z której nie było już odwrotu. Jedyną jego ostoją, bezpieczną bazą była rodzina: żona i dwie córki, którym przychyliłby nieba. Jednak w atakach szału potrafił zdemolować dom, słowem dręczyć dzieci, a i jego żonie (o ile właściwie zinterpretowałam tekst) zdarzyło się uczynić fizyczną krzywdę. Barbara Kuklińska świadoma była dwojakiej natury swojego męża, często bała się jego zmiennych nastrojów, ale wydaje mi się, że wygodne życie, luksus w jaki opływali, bo Richard uwielbiał pieniądze, i markowe prezenty, którymi ją obsypywał, przesłoniły jej rzeczywisty obraz męża.

Iceman. Historia mordercy” jest książką wstrząsającą, ponieważ przedstawia obraz człowieka, który przez lata doskonale się kamuflował, uchodził za przykładnego obywatela, a był bezwzględnym seryjnym mordercą, który potrafił zabić tylko dlatego, że ktoś na niego krzywo spojrzał, albo zajechał mu drogę. Niezwykle trudno było go zdemaskować, ponieważ zabijał w urozmaicony sposób i potrafił skutecznie mylić funkcjonarjuszy, ale dzięki detektywowi z New Jersey Dominikowi Polifrone, nawiasem mówiąc jest on jednym z głównych bohaterów książki, któremu udało się przeniknąć do struktur mafii i zaprzyjaźnić z Kuklińskim, schwytano go i osadzono. Publikacja Anthony'ego Bruno pod wieloma względami jest wyjątkowa i co więcej nie jest fikcją, dlatego czyta się ją z niedowierzaniem i lękiem, ponieważ ktoś taki jak Kukliński może żyć obok nas, wiem, że Polska na szczęście uboga jest w seryjnych zabójców, ale w naszym niewielkim świecie nie brakuje psychopatów. Cytuję "Znany psychiatra badający morderców, dr Patric Dietz, scharakteryzował Kuklinskiego jako socjopatę o cechach paranoidalnych. Te dotykające 1-3 proc. populacji zaburzenia osobowości niezwykle rzadko występują jednocześnie. W przypadku "Ice Mana" nałożyły się one w dodatku na negatywne wzorce wyniesione z domu" [http://www.gazeta.pl/0,0.html] Do tej pory działania „Ice Mana” są obiektem badań kryminologów, więc jeśli chcecie, chociaż odrobinę, poznać życiorys i osobowość Kuklińskiego, to bardzo zachęcam do lektury książki Anthony'ego Bruno.





Na podstawie książki powstał film o takim samym tytule w reżyserii Ariela Vromela, w którym wystąpili Michael Shannon – genialny w roli Kuklińskiego, Winona Ryder jako żona Kuklińskiego, Ray Liotta – szef mafii Roy Demeo, i – to już jako ciekawostka – Weronika Rosati jako Liv. Trochę dziwię się, że Weronika umieszczana jest w obsadzie, bo z jej udziałem są tylko dwie sceny: w jednej - siedzi i się uśmiecha, w drugiej - stoi i się uśmiecha. Niby nic, a cieszy.


Film różni się od książki, ale to absolutnie nie jest zarzutem, mnie jedynie drażniło zmienienie pewnych istotnych faktów i uczynienie z Kuklińskiego osobnika, któremu można współczuć, który mordował żeby utrzymać swoją rodzinę, ewentualnie żeby ją ochronić. Zbyt mocno wybielono "Ice mana" ukazując go jako człowieka honorowego, z kodeksem który nie uznawał zabijania kobiet i dzieci, owszem taką zasadą podobno kierował się Kukliński, co jednak nie przeszkadzało mu zatłuc kilku nastolatków tylko dlatego, że drażniła go ich agresywna jazda samochodem. Film ma kilka mocnych scen, głównie zamrażania i ćwiartowania ludzi, ale jego atmosfera jest  subtelna, charakterystyczna dla filmów gangsterskich lat 60. i 70. ubiegłego wieku. Nie jest to kino fenomenalne, ale nie zaszkodzi zawiesić na nim oko. Polecam.

Wywiad z Richardem Kuklińskim. 

Czytaj dalej »