Na psa urok

Kevin Hearne

NA PSA UROK

Wydawnictwo: Rebis
Data: 2011
Stron 293


Kiedy książka pojawiła się na rynku, pomyślałam sobie, że to kolejny ciężki kaliber z mitologią celtycką w tle. Po części miałam rację, bo powieść obfituje w celtyckie mity, jednak daleko jej do ciężkostrawnej pozycji, która nadmiarem informacji stłamsi czytelnika. Po przeczytaniu „ Na psa urok” pierwszego tomu Kroniki Żelaznego Druida, od razu stałam się wielką fanką Kevina Hearne'a, ktoś kto ma taką wyobraźnię i poczucie humoru musi być niesamowicie sympatycznym człowiekiem. Autor na co dzień uczy angielskiego, namiętnie pisze, uprawia bazylię – nie dziwi mnie to, uwielbiam zapach tej rośliny, maluje i robi piesze wycieczki w towarzystwie swojej uroczej żony i córki.
Dzięki wielkiej pisarskiej pasji Hearne'a mamy możliwość poznać niesamowitego, przystojnego irlandzkiego druida Atticusa O'Sullivana. 
 
Celtycka bogini Morrigan
Atticus jest ostatnim z druidów, liczy sobie ponad dwa tysiące lat, jednak dzięki wielkim zdolnościom nadprzyrodzonym jego ciało jest młode i sprężyste – błagam sprawcie, aby ten druid zamieszkał w moim różanym ogródku - mało tego, jest uroczym i niebywale uczynnym „młodzieńcem”. Niestety jeśli żyje się tyle wieków to nie trudno sobie nagrabić, a i zyskać wrogów nie problem. Atticusowi wydawało się, że znalazł idealne schronienie, zamieszkał w spokojnym miasteczku Tempe w Arizonie, otworzył sklep Trzecie Oko i zaprzyjaźnił się ze starszą panią, wdową MacDanagh. Jego spokój został zburzony, kiedy do sklepu wpadło wielkie czarne wronisko, pod postacią którego ukryła się bogini poległych i wojny, piękna Morrigan, obwieszczając że oto do miasta przybywa bóg celtycki, który chce sprawić niezły łomot Atticusowi i odebrać to co do niego należy.

Proszę sobie teraz wyobrazić współczesność w której od czasu do czasu pojawiają się bogowie wprowadzając totalny zamęt, wampiry i wilkołaki pracują jako prawnicy, za swoje usługi inkasując niezłą kasą, po ulicach miasta przechadzają się polskie wiedźmy rzucając uroki, a wielki wilczarz irlandzki potrafi gadać. Nie takie rzeczy świat widział i słyszał w książce „Na psa urok”. Zasiadając do czytania, trzeba przygotować się na moc wrażeń, nasze zmysły zostaną porwane do świata magii i przez kilka godzi będziemy tańczyć tak, jak celtyccy bogowie nam zagrają.
Będę bezkrytyczna, świetnie bawiłam się podczas czytania, ta książka to wyśmienita przygoda, doprowadzająca czytelnika do niekontrolowanych wybuchów śmiechu, poza tym dostarcza widowiskowych walk i pokazów magicznych sztuczek. Nasi bohaterzy to postacie żyjące z magią za pan brat, potrafią tworzyć cuda niewidy, wykorzystując zaklęcia, przybierając różne formy, czy nawet parząc magiczne herbatki.

Uśmiechnąłem się do siebie. Po tych wszystkich dwóch tysiącach stu lat nadal uważam ze magia jest w dechę”
A. O'Sullivan

Postacie książkowe mają piekielne charaktery, nigdy nie wiadomo co knują i jakie mają zamiary, a broń boże któremuś zaufać. Nasz bohater ma trudny orzech do zgryzienia, problemy wyrastają jak grzyby po deszczu, jego goście to osobnicy mocno „szemrani”, chociaż niejednokrotnie nieziemsko piękni i uwodzicielscy. Atticus wraz ze swoim psim przyjacielem Oberonem – pies jest słodziakiem, którego za pewne każdy chciałby wyściskać – radzą sobie na różne sposoby, najczęściej bardzo skutecznie, ale chwila, chwila, wbrew pozorom nie jest tak błogo i słodko jak się wydaje. W przedstawionej opowieści nie brakuje cięcia, krojenia, lania krwi i rzucania wnętrznościami, nasi bohaterzy to postacie z ikrą i ułańska fantazją, więc nie trudno sobie wyobrazić do czego zdolny jest wściekły bóg.
Cała historia ubrana jest w przystępny język, który bardzo miło się czyta, w treści nie brakuje trafnych, zabawnych porównań i metafor, oraz wysmakowanych opisów pobudzających wyobraźnię.
Na psa urok” to wyśmienita powieść, pełna oryginalnych postaci z duża dawką humoru i z genialnie zaplanowaną intrygą. Książka ta jest idealną lekturą dla miłośników fantasy, mocnych wrażeń, a także zwolenników dobrego żartu. Wygodnie usiądźcie, zapnijcie pasy i cieszcie się towarzystwem Atticusa O'Sullivna – gorętszy towar szybko się nie trafi.

Moja ocena 6/6

Druid - Wikipedia
Ilustracja na okładce Gene Mollica   - piękna grafika.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Rebis
Czytaj dalej »

Mroczny sekret

Libba Bray

MROCZNY SEKRET

Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Data: 2010
Stron: 356


Zdarza się Wam wybierać książki pod wpływem impulsu?, bo ja często ulegam nieuzasadnionym pokusom. Na podobnej zasadzie wpadła mi w oko powieść Libba Bray „Mroczny sekret”. Opis nie zachęcał, okładka również nie jest szczególnie atrakcyjna, w sumie nic nie przemawiało za tym, żeby powieść uznać za idealną pozycję dla takiego „czepidła „ jak ja. Jednak kiedy wzięłam książkę do ręki to nie mogłam już jej odłożyć na półkę, mało tego, kiedy przeczytałam kilka zdań z pamiętnika tajemniczej Mary Down to stwierdziłam, że ta opowieść to coś więcej niż tylko niezobowiązująca lektura dla dorastających panienek.
Co cię przeraża?
Co sprawia, że unoszą ci się włoski na ramionach, dłonie pocą, dech zamiera w piersi jak dziki ptak uwięziony w klatce?
Czy to ciemność? Ulotne wspomnienie opowieści na dobranoc, o goblinach i czarownicach kryjących się w cieniach? (…) Czy może to coś ważniejszego, bardziej przerażającego?(...)
Jeśli posłuchasz opowiem ci historię – a jej duchów nie przegoni ogień miło strzelający na kominku(...)
Czy twoje serce bije szybciej?(...)
Czy będziesz się bała?”
Gemma Doyle to szesnastoletnia, niepokorna dziewczyna zdecydowanie różniąca się od swoich rówieśniczek dla których dobre maniery, zachowanie pozorów oraz znalezienie bogatego męża to szczyt marzeń. Po tragedii która spotyka jej rodzinę w Indiach, trafia do słynnej angielskiej Akademii Spence. Szkolne mury nie sprzyjają dobremu samopoczuciu naszej bohaterki. Gemma czuje się samotna, dręczy ją poczucie winy oraz nawiedzają koszmarne wizje, na dodatek jej tropem podąża tajemniczy młodzieniec. Niespodziewanie dziewczyna zaprzyjaźnia się z wpływowymi dziewczętami Felicity i Pippy oraz nieśmiałą i brzydką stypendystką Ann. Młode panny zakładają tajemniczy klub, przy okazji Gemma dowiaduje się o swoich nadprzyrodzonych zdolnościach i powiązaniach swojej matki z tajnym stowarzyszeniem nazwanym Zakonem.
Czy naszej bohaterce uda się poznać prawdę?,
Czy poradzi sobie z otaczająca rzeczywistością?...to pytania na które warto poznać odpowiedź.

Mroczny sekret” jest debiutem Libba Bray, książka ta otwiera trylogię „Magiczny krąg” . Powieść była bestsellerem „New York Timesa” i „USA Today” , a w 2003 roku została uznana za najlepszy debiut i najlepszą książkę roku – nie bez powodu „Publisher Weekly” wyróżnił tę lekturę.
Od samego początku opowieść zachwyca stylem, bardzo przyjemnie czyta się historię pełną metafor i żywych, sugestywnych opisów, niektóre teksty są tak piękne, że chce się ich uczyć na pamięć . Zatracając się w treści słyszymy szelest krynolinowych spódnic, skrzypienie schodów i widzimy cienie przesuwające się pod drzwiami – nasze zmysły pracują na najwyższych obrotach. Czytaniu towarzyszy mroczny gotycki nastrój, przesycony tajemnicą i grozą. Równie zachwycające jest tło powieści, autorka przenosi nas w czasy wiktoriańskie, a dokładniej w mroczne mury Akademii Spence ,które bardziej przypominają zamek szaleńca niż elitarną szkołę dla dziewcząt. Ponura budowla z wieżyczkami i cienkimi iglicami, otoczona lasem w którym nocą leśne runo pokrywa gęsta mgła, a między drzewami poruszają się niebezpieczni aczkolwiek uwodzicielscy Cyganie, budzi w nas przyjemny dreszcz emocji, proszę mi wierzyć, na brak wrażeń nie możemy narzekać.
Wielkim atutem książki są wielowymiarowe postacie, wydaje się że każda z dziewcząt jest istotką z prościutkim charakterkiem, jednak nie są to czaro białe bohaterki, niejednokrotnie pod maska próżności i nadmiernej wrażliwości ukrywają się silne kobiety, pełne pasji i marzeń, ale cóż z tego, skoro czasy wiktoriańskie nie są przychylne płci pięknej. Tym bardziej przyjemnie czyta się o tym jak Gemma burzy świat doskonale ułożonych panienek, wprowadzając w opowieść świeżość i humor.
Mroczny sekret” epatuje młodzieńczą seksualnością, pączkującą kobiecością przepełnioną tęsknotą i zakazanymi marzeniami. Porusza również problem konfliktów rodzinnych, władzy, stereotypowego myślenia pełnego uprzedzeń i agresywności w stosunku do niższych klas społecznych jak również innych ras. Opowieść jest pełna magii, fantastycznych bajkowych wizji, które w połączeniu z niepokojącym klimatem i ponurą otoczką dają bardzo interesującą lekturę, nie tylko zarezerwowaną dla młodych czytelników.

Moja ocena 5,5/6


Czytaj dalej »

Ostatni autobus do Woodstock

Colin Dexter

OSTATNI AUTOBUS DO WOODSTOCK

Wydawnictwo: Funky Books
Data: 2007
Stron: 348


Colin Dexter to pisarz do którego większość czytelników pała wielką sympatią - nie dziwi mnie to. Za swoją twórczość był wielokrotnie nagradzany brytyjskimi nagrodami literackimi przyznawanymi za najlepszą powieść kryminalną. W 2000 roku książę Karol odznaczył autora Orderem Imperium Brytyjskiego za zasługi dla literatury.
Dexter jest twórcą trzynastu powieści o wyjątkowo oryginalnym inspektorze Morse oraz o asystującym mu sierżancie Lewisie. Obok poczynań tego duetu nie sposób przejść obojętnie. Seria powieści o tej wyjątkowej parze detektywów stała się światowym bestselerem, przetłumaczonym na 40 języków, a serial nakręcony na podstawia tego cyklu cieszy się ogromną popularnością.

Miałam wielką przyjemność przeczytać pierwszą część przygód inspektora Morse'a w powieści „Ostatni autobus do Woodstock”.
Pewnego wieczoru, dwie młody dziewczyny próbują dostać się do Woodstock okazuje się, że autobus już odjechał, podekscytowane wyjazdem, a właściwie planami na ten wieczór, decydują się na podróż autostopem. Niestety dla jednej z nich podróż ta kończy się tragicznie. Następnego dnia na dziedzińcu w Woodstock znalezione zostaje ciało brutalnie zamordowanej młodej kobiety. Inspektor Morse i sierżant Lewis, próbują odnaleźć kierowcą który zabrał dziewczyny w ten makabryczny kurs. Oczywiście sprawa nie jest prosta, pojawia się kilku podejrzanych, wypływają fałszywe tropy. Mało tego, inspektor ulega drobnemu, aczkolwiek bolesnemu wypadkowi i niespodziewanie zakochuje się. Sprawę jednak trzeba rozwiązać i mimo buzujących uczuć, inspektor obdarzony wielką intuicją, musi podołać zadaniu.

Książka urzeka stylem który jest niebywale estetyczny, elegancki, ale jednocześnie bardzo wymowny. Z wielką przyjemnością czyta się kunsztowne opisy i smaczne dialogi. Klimat powieści jest równie urzekający, przypominam, że książka została napisana w roku 1975, więc samo przez się trudno w niej znaleźć cechy charakterystyczne dla współczesnych czasów. W opisywanej historii nie znajdziemy takich gadżetów jak telefon komórkowy, internet czy pomocne władzy badanie DNA. Przepływ informacji odbywa się za pomocą listów, telefonów stacjonarnych, na porządku dziennym są stenogramy i ręcznie pisane raporty. Ośmielę się stwierdzić, że powieść ma lekko antyfeministyczny charakter. Rola kobiety sprowadzona jest do tradycyjnego podziału. Bohaterki to panie wykonujące typowo damskie zawody czyli sekretarka, pielęgniarka, gospodyni domowa, barmanka. Nie do końca podobało mi się podejście go ofiar gwałtu, z jednej strony nie ma się co dziwić, bądź co bądź 35 lat temu świat wyglądał trochę inaczej, ale czy tak mocno te lata wpłynęły na zmianę myślenie?. Do tej pory panuje przekonanie, że kobiety wyzwolone, swobodne w zachowaniu i ubiorze w mniemaniu innych, noszące zbyt krótkie spódnice czy zbyt głębokie dekolty proszą się o agresję ze strony mężczyzn. W książce nie brakuje metafizycznych pytań odnośnie tego tematu:

-Czy wierzysz w to, że młoda dziewczyna może zostać zgwałcona? - zapytał.
Gaye zaczęła się zastanawiać(...)
- To może być dość trudne. 
- Hm. 
- Zgwałciłeś kiedyś kobietę? 
- Mógłbym cię gwałcić codziennie. 
- Ale ja bym ci na to nie pozwoliła. Nie opierałabym się ani trochę (...)

Pomijając drażliwy aspekt książki, wróćmy do tego co może zachwycić czytelnika. Postacie Morse i Lewisa są po mistrzowsku skonstruowane, opisana są w plastyczny sposób. Morse to błyskotliwy snob, przekonany o swojej genialności, lubiący krzyżówki i Webbera, zaś sierżant Lewis to poczciwy osobnik, dobroduszny i dokładny. Z wielkim spokojem przyjmującym „baty” od ekscentrycznego inspektora, chociaż nie myślcie, że zawsze zachowuje się jak pokorne ciele.
Intryga jest wyśmienicie zaplanowana i mimo że powieść nie porywa swoim tempem, nie znajdziemy w niej pościgów, efekciarskich akcji, to jednak konstrukcja fabuły wciąga w mroczny świat kryminału, a detektywistyczne analizy zachwycają swoją skrupulatnością. Jeszcze raz podkreślę wyjątkowy i dbały język powieści, taka literaturę chce się czytać.

Ostatni autobus do Woodstock” to klasyczny kryminał z genialną fabułą, stopniowanym napięciem i charakterystycznym angielskim humorem. Szczerze polecam.

Moja ocena 5/6

miqaisonfire , bardzo dziękuję za pożyczenie książki  :))
Czytaj dalej »

W nadziei na lepsze jutro

Ewa Bauer

W NADZIEI NA LEPSZE JUTRO

Wydawnictwo: Radwan
Data: 2011
Stron: 163


Życie to nie bajka - żadna to tajemnica - wiąże się z wieloma trudnymi wyborami, nieplanowanymi zdarzeniami, mimo że często zachwyca swoimi kolorami to niekiedy mamy dość, ciężar nagromadzonych wątpliwości przygniata do ziemi.
Nasze życiowe wybory można porównać do Diabelskiego Młyna, raz jesteśmy na górze raz na dole, a najczęściej zastanawiamy się czy dobrze zrobiliśmy wsiadając do wagoniku.
Teoretycznie niewiele potrzeba nam do szczęścia...teoretycznie.

Dominika Daszewska, www.daszewska.pl
Książka Ewy Bauer „ W nadziej na lepsze jutro” jest powieścią obyczajową, opowiadającą o miłości, dylematach i nadziei, tej wielkiej, nieustającej, przynoszącej spokój wewnętrzny oraz nadającej życiu sens.
Anna jest młodą, zdolną kobietą, ma cudownego męża Roberta, są nieziemsko szczęśliwy. Niestety jak to w życiu bywa, nic nie trwa wiecznie, ich spokojne życie burzy rodzinna tragedia. Pogrążeni w smutku, chowając w sobie urazę do partnera, coraz bardziej oddalają się od siebie, dopada ich kryzys, jednak para odkrywa w sobie głęboką miłość i zaczyna walkę o małżeństwo. Kiedy ich życie nabiera stabilizacji i wydaje się, że Ania i Robert znaleźli przepis na uratowanie związku, to w ich życiu pojawiają się dwie kobiety, Sabina – dawna dziewczyna Roberta i Helena – przyrodnia siostra Sabiny. Obie Panie są diametralnie od siebie różne, obie też mają inne plany i doświadczenia. Anna nawet nie przypuszcza jaką cenę przyjdzie jej zapłacić za zaproszenie tych kobiet do swojego domu. 





Wiele emocji towarzyszy czytelnikowi podczas czytania tej książki. Opowieść w niej zawarta to życie, bardzo gorzkie, okrutne niekiedy przewrotne. Miałam wrażenie, że pewne rzeczy trafiają nam się na zasadzie coś za coś. Zgubisz kamyk na Pomorzu, a on gnany wiatrem boleśnie wbije się w piętę lubelskiemu gazeciarzowi lub zgodnie z przysłowiem „Człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi”.
W nadziei na lesze jutro” to debiut Ewy Bauer, zresztą jak najbardziej udany, jak widać nie trzeba czekać do emerytury żeby stworzyć interesującą powieść . Dzięki takiemu obrotowi sprawy, mamy okazję poznać historię o kobietach, których życie zaskoczyło swoją nieprzewidywalnością, lecz pomimo doświadczanych rozczarowań i bolesnych upadków, prą do przodu w nadziei na lepsze jutro.
Książka napisana jest bardzo prostym językiem, krótkie zdania nadają opowieści dynamiki, czas pędzi szybko, powiedziałabym, że trochę za szybko. To okrutne tempo powoduje że, mamy wrażenie powierzchowności fabuły, bardzo dużo się dzieje, pojawiają się nowi ludzi, odchodzą, wracają nie wiadomo kiedy, przeskakujemy z miejsca na miejsce, nie ma czasu na przemyślenia. W książce niektóre tematy wydały mi się mało prawdopodobne, jak choćby to, że bez żadnego „ale” Ania godzi się, żeby w jej domu przez miesiąc mieszkały dwie obce kobiety: dawna, niespełniona miłość jej męża i seksowna młodziutka modelka, hmm... nie znam kobiety która bez mrugnięcia okiem zgodzi się na taki układ, ale może to ja jestem z innej planety. Nie przekonuje mnie też postać Roberta, ten przeskok z „Pana Idealnego” na „Pana Idealnego Inaczej” jest mało rzeczywisty, brakuje mi pewnych elementów, które by w pewien metodyczny sposób tłumaczył skąd takie, a nie inne reakcje. Oczywiście są to tylko moje odczucia, życzyłabym sobie, żeby ta książka była dwa razy grubsza, a niektóre wątki były bardziej rozbudowane, nadając historii głębi, a przy okazji likwidując mój niedosyt.
Trochę pomarudziłam, więc teraz zacznę chwalić. Wielki plus dla autorki za obiektywizm, w książce nie znajdziemy sędziego, który karze i grozi palcem. Życie nie jest czarno białe i nawet jeśli coś wydaje nam się niemoralne to nie powinno podlegać naszej okrutnej ocenie, bo często za złymi, czy też niewłaściwymi czynami stoją ludzie doświadczeni przez los, zagubieni, potrzebujący wsparcia i zrozumienia. Podobało mi się również w jaki sposób Pani Ewa opisuje metody na ratowanie związku, podkreślając rolę rozmowy, właściwego postrzegania partnera, wspólnych zainteresowań i przed wszystkim dobrej woli bo bez niej ani rusz. Doceniam książkę za jej moc, za życiowe prawdy, bezstronność i ukazanie niektórych aspektów życia bez owijania w bawełnę
Na uwagę zasługuje też ciekawa okładka, bardzo wymowna i kolorystycznie dopasowana.
Szczerze polecam tę książkę, warto poznać damski i męski punkt widzenia, być może niejedna osoba odnajdzie w treści fragment swojego życia, może nabierze dystansu, a może po prostu uwierzy, że w życiu każde zdarzenie ma sens i nic nie dzieje się bez przyczyny.

Moja ocena 4.5/6

"Książka z akcji Włóczykijka”  Słowem Pisanym O Polskich Autorach

Link do strony autorki Ewa Bauer
Czytaj dalej »

Maskarada

Melissa De La Cruz

MASKARADA

Wydawnictwo: Jaguar
Data: 2010
Stron: 316


www.movietrain.net

Jaki powinien być wampir? , dla mnie jedyny i prawdziwy jest Dracula, Brama Stokera. Przypominał człowieka, oczywiście o ile nie zmieniał się w przerażającą bestię, roztaczał aurę niepokoju, uwodził gorącokrwiste niewiasty celem ich skonsumowania, ewentualnie przemienienia, spał w trumnie, był blady jak prześcieradło, nosił czarny płaszcz, świecił zakrwawionymi kłami i miał w nosie wszelkie zasady bo był ...potworem. W dawnych wierzeniach ludowych wampir to ożywiony trup, samo przez się  piękny nie był, na szczęście bał się czosnku, kołka osinowego , uciekał przed krzyżem i chronił się przed Słońcem. Im bliżej współczesności tym wampiry stają się coraz bardziej powabniejsze, zdolniejsze, modne i co dziwne przyjaźnią się z ludźmi.


Maskarada” to drugi tom przygód błękitnokrwistych, w porównaniu z pierwsza częścią wypada bladziutko. Króciutko, żeby za wiele nie zdradzić. Schuyler wraz z przyjacielem Oliverem wyrusza do Wenecji na poszukiwanie swojego dziadka. Dziewczyna potrzebuje pomocy i odpowiedzi na kilka trudnych pytań, wierz że tylko on jest wstanie wyjaśnić jej, kto morduje Nieśmiertelnych. W tym samym czasie na Manhattanie trwają przygotowania do wielkiego Balu Czterystu, imprezy zarezerwowanej tylko dla wampirów. Mimi Force planuje dodatkową atrakcję dla młodych błękitnokrwistych, organizuje bal maskowy. Będzie się działo. Ku uciesze snobistycznych panienek z Duchesne, w szkole pojawia się nowy chłopak Kingsley Martin. Oczywiście jest piękny jak model, zdolny, a do tego kpi sobie z zasad. Mimi pociąga swoboda chłopaka, jednak jej wielką miłością jest Jack, który zaczyna się od niej oddalać. Dziewczyna staje się chora z zazdrości, o wszystko obwinia Schuyler, postanawia zdyskredytować rywalkę.

Wydaje się, że w książce powinno dziać się wiele bo wątków, tropów i zagadek nie brakuje. Niestety „Maskarada” to porażka. To co w pierwszej części mnie lekko drażniło i śmieszyło, czyli opisy blichtru, strojów bohaterów, nadmierne epatowania markami, w tej przekroczyło wszelkie granice. Z racji tego, że w fabule pojawiają się przygotowania do wielkiego Balu, to non stop czytamy o tym czy Versace ma piękniejsze suknie od CC, a może to stroje Diora oraz Galliano wypadają najlepiej w świetle dziennikarskich fleszy. Nasi bohaterzy błyszczą, są nieziemsko modni, biorą udziały w sesjach dla magazynów mody, rywalizują między sobą o to kto jest popularniejszy, słodszy i kto ma lepsze ciuchy. Książka obfituje w przymiotniki takie jak ekskluzywny, lśniący, złocisty, wykwintny, szlachetny, oszałamiający. Mogłabym wymieniać bez końca te urokliwe słówka, które upodobała sobie autorka, ale mdli mnie. Rozumiem, że pisarce zależało na stworzeniu szpanerskiego klimatu, w którym obracają się „gwiazdki” z Duchnesne, ale coś się tutaj wymknęło spod kontroli.

Ubolewam nad tym, że Melissa De La Cruz nie wykorzystała potencjału drzemiącego w tej książce, bo możliwości były, jak choćby dodanie pikanterii i magi wydarzeniom w Wenecji, urozmaicenie balu maskowego, czy nawet rozbudowanie postaci tajemniczego chłopaka. W powieści nie znajdziemy napięcia i zagadkowości, spotykamy się za to z nudnymi dialogami i nieciekawymi postaciami. Autorka prześlizgała się po kluczowych wydarzeniach, lekko drgnęła akcja pod koniec książki, ale co z tego jak The End był bardzo blisko.
Szczerze żałuję, że „Maskarada” jest tak bardzo rozczarowująca, chociażby dlatego że podobał mi się klimat panujący w pierwszej części serii czyli w „Błękitnokrwistych”, ten świat VIP-ów, mimo że przesycony nadmiarem obrazów był ciekawie skonstruowany, a nowy wizerunek wampirów przypadł mi do gustu. Tej powieści nie pomogły nawet wstawki z „New York Heralda” z roku 1871, informujące o zaginięciu Maggie Stanford. Liczyłam na interesującą lekturę, a dostałam ramotę.
„Maskarada” wypada bardzo słabo, jest to czytadło mało pasjonujące, ot ratunek w razie nagłej potrzeby czytelniczej.
Tak jak w przypadku pierwszej części tak i tutaj muszę pochwalić opracowanie graficzne książki. Niesamowita okłada, ciekawa czcionka plus rysunek maski karnawałowej na każdej stronie czynią powieść atrakcyjna wizualnie. Cóż, jak się wypada blado z treścią to trzeba nadrobić wyglądem.

Moja ocena 2/6
Czytaj dalej »